środa, 9 listopada 2011

Notka z pazurem


Każdy ma jakieś hobby, lub mówiąc dosadniej - świra. Mój ostatnio objawia się kompulsywnym malowaniem paznokci w różne desenie i wzory. Zaczęło się niewinnie od pomalowania (wtedy) krótkich ogryzków w celu zapuszczenia ich. Lakier na paznokciu odstręcza mnie od dalszego obgryzania, a do obgryzania mam mocne predyspozycje ;-P
Jak to często bywa, jedno zachowanie odstresowujące zamieniło się w inne, aczkolwiek tego drugiego nie trzeba się wstydzić.
Niby malować pazury każdy (każda) potrafi ALE nie każdej wychodzi tak, jak w salonie. Internet pełen jest paznokciowych blogów i przy odrobinie dobrych chęci i paru godzinach czasu wszystko można znaleźć. Wiem jednak jaką ilością czasu dysponuje przeciętna mama, dlatego kluczowe informacje na temat pazurów znajdziecie właśnie w tej notce :-)

1) Po pierwsze: zdrowie to podstawa, a podstawę stanowi dobra BAZA
Po intensywnych poszukiwaniach zdecydowałam się na Nail Tek Formula II Foundation. Nakłada się ją na paznokieć, który po paru sekundach robi się wygładzony i matowy - gotowy na przyjęcie lakieru. Przy dłuższym używaniu niesamowicie utwardza płytkę i zapobiega rozdwajaniu. Maluję paznokcie 2-3 razy w tygodniu i nie mam ŻADNYCH problemów ze zdrowiem płytki.

2) Po drugie: wolność - maluj, czym chcesz
Zastosowanie dobrej bazy (patrz wyżej) i dobrego "topa" (patrz niżej) pozwala na używanie dowolnego (dowolnie taniego) lakieru. Nawet ten za 2zł będzie się trzymał tydzień. Serio!

3) Po trzecie: szybki finisz
Kto ma czas czekać na wyschnięcie lakieru, niech pierwszy rzuci pieluchą ;-) Ja w każdym razie nie mam. Zdecydowałam się więc na ultra szybko schnący top: Seche Vite. To cudeńko wysusza paznokcie w 10 min. na kamień, a do tego utrzymuje się nawet tydzień. Trzeba jednak umiejętnie go używać. Seche Vite kładziemy na MOKRY lakier, nabierając sporą kroplę na pędzelek i rozprowadzając ją na płytce bez dotykania kolorowego lakieru pod spodem.

Koniec - manicure (lub bardziej trendy - MANI) zrobiony.

Jeżeli maluję tylko na gładko kolorem, to cała procedura (łącznie z schnięciem) nie przekracza 15minut. Czasem (ok często) mam jednak więcej fantazji i kuszę się na kilka kolorów, lub rysowanki. Najczęściej posiłkuję się tutorialami z YouTuba genialnej w swej prostocie Cutepolish, albo blogami, takimi jak Spooky Nails, który cenię szczególnie za kompleksowość informacji w dziedzinie MANI ;-)

Żeby dopełnić obrazu całości wspomnę jeszcze o dwóch genialnych produktach, które zakupiłam zainspirowana opiniami z sieci i nie żałuję: Sally Hansen Instant Cuticle Remover - płyn do usuwania skórek, który NA PRAWDĘ działa oraz Burt’s Bees - masło do skórek. Dzięki Ci, Kolorowy Kocie za recenzje obu produktów - ani odrobinę się nie zawiodłam :-)

Za uprzejmościę Whale's Nails
Pewnie nurtuje Was pytania, czy to na pewno tanio? I tak i nie. Oficjalne ceny w/w produktów są dość wysokie, aczkolwiek Allegro i eBay zdają się rządzić swoimi prawami i tym sposobem za żaden z produktów nie zapłaciłam więcej, niż 30zł. Oszczędzam za to na kolorowych lakierach które kupuję raczej z dolnej półki ;-)
Szczególnie polecam marki: Wibo (a w tym Rossmanowskie Lovely), Barbra i ich znakomita seria Colour Alike oraz w ramach szaleństwa China Glaze. Gdybym miała nieograniczone fundusze, kupiłabym WSZYSTKIE.

sobota, 23 lipca 2011

Gucio, mnie to obchodzi

Temat obuwia dziecięcego powraca niczym bumerang. Już człowiek myśli, ze znalazł optymalną opcję, a tu zonk i trzeba szukać od nowa. Ale od początku... Po pierwsze młody pomimo osiągnięcia magicznego wieku 14 miesięcy WCIĄŻ nie chodzi, przemieszcza się co prawda na dwóch nogach ale jak pątnik - na kolanach, co powoduje wycieranie każdych bucików z prędkością (co najmniej) drugą kosmiczną. Po drugie, przy próbach "normalnego" wstawania niemożebnie koślawi stopy przyprawiając o palpitację wrażliwe - fizjoterapeutyczne serce mamy.
Jak to często w życiu bywa, najfajniejsze rzeczy znajduje się przypadkiem. No więc przypadkiem trafiłam na gazetowe zdjęcie Gwyneth Paltrow, a raczej jej córeczki Apple ubranej w buty GUCIO  polskiej produkcji. Temat mnie zaciekawił, bo przecież czemu mam być gorsza od jakiejś Gwyneth, czy innej Angeliny ;-) 
Znalezienie sklepu z bucikami nie było trudne (pomógł wujek Google), tym bardziej, że tylko jedne maja taką nazwę. Dużo ciekawsza okazała się jednak jego zawartość oraz filozofia, z jaką Gucie są tworzone.
Podczas rozmowy telefonicznej z samym właścicielem, a zarazem twórcą bucików - panem Sławomirem Piwowarczykiem (ach te przypadki, akurat ON odebrał telefon) dowiedziałam się, że temat zdrowia i prawidłowego rozwoju małych stóp nie jest mu obcy, przez co jako mama poczułam zrozumienie i wsparcie w dylemacie, "czy aby te buty się nadadzą". Co mnie przekonało? Fakt, że pomimo wrażenia potężnie zabudowanych i sztywnych, w rzeczywistości Gucie pracują razem ze stopą dziecka, a jedynym sztywnym elementem jest zapiętek utrzymujący kość piętową dziecka w osi nogi. Dlaczego to takie ważne? W naszym wypadku, kiedy to dzieć usilnie dąży do koślawienia stóp (tak, jakby chciał stanąć na wewnętrznych ich krawędziach) zaczyna się pojawiać problem konieczności noszenia wkładek korygujących... Wkładka jednak jest sztucznym wymuszeniem prawidłowego ustawienia i tak naprawdę zwalnia stopę z konieczności jakiejkolwiek pracy, a do tego uciśnięte mięśnie (już osłabione) mają jeszcze gorsze możliwości rozwoju z powodu zmniejszonego ukrwienia. Błędne koło... No więc Gucie wydały mi się rozsądnym kompromisem pomiędzy koniecznością korygowania stopy, a ograniczaniem jej rozwoju.
A oto mój mały konsumencki test:

Buty Gucio w rozmiarze 21, model z małymi dziurkami w kolorze czekoladowym

estetyka
Ponoć nie to ładne, co ładne, ale co się komu podoba. Buciki są khm... ekscentryczne, w moim odczuciu są jak Volkswagen Garbus - tak brzydki, że aż uroczy ;-)))
Plus za dużą gamę kolorów do wyboru, sporo czasu zajęło mi wybranie tego jedynego.

dopasowanie
 Reklama nie kłamie. Gucie leżą idealnie na małej dziecięcej stopie. Młody ani razu nie protestował przy zakładaniu i ani razu nie wykazał oznak zirytowania faktem posiadania Guciów na nogach.

funkcjonalność
Miodzio! Pierwsze buty, których nie zajechał w tydzień. Szwy nad pacami skutecznie uniemożliwiają przetarcie przy raczkowaniu. Pomimo codziennego intensywnego noszenia butom w zasadzie nic się nie dzieje (lekkie świecenie skóry w miejscu tarcia o podłoże).
Zapiętek działa!!! Problem koślawienia znika, gdy buty są na nogach. Alleluja, śpię spokojniej. 
Z przyjemnością również stwierdzam, że nie istnieje problem pocenia. Gucie są przewiewne i po ich zdjęciu skarpety nie są nawet wilgotne.

wygoda użycia
 Po kilku założeniach skórka staje się bardzo miękka, więc zakładanie i zdejmowanie nie stanowi żadnego problemu.

cena
147zł plus 17zł koszty wysyłki to dość sporo ALE oddalająca się wizja wkładek i cotygodniowych poszukiwań przetartych "tańszych odpowiedników" - bezcenne.

dodatki
Jakże miłym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że wraz zamówieniem prócz butów przyszły także dodatkowe sznurówki, zestaw próbek kolorów skóry na przyszłość, a same buty zapakowane były w pudełko z nadrukowaną skalą do mierzenia stópek. Małe rzeczy, a cieszą :-)

minusy
Na potrzeby mojego syna powinnam zamówić sznurówki z kewlaru, żeby się nie przecierały ;-) Mam nadzieję, że dwie pary wystarczą na okres użytkowania.

podsumowanie
 Z perspektywy miesiąca uważam, że był to bardzo dobry zakup i na pewno zdecyduję się na kolejną  parę.
 

sobota, 21 maja 2011

Koza w nozdrzach i inne wstydliwe sprawy

Tajemnicą Poliszynela jest fakt, że wszyscy czasem puszczamy bąki, czy wyciągamy gluty z nosa. Co jednak odróżnia dzieci od dorosłych - w zdecydowanej większości ci drudzy robią to dyskretnie ;-)
Do dziś wspominam sytuację, kiedy to weszłam z miesięcznym wtedy młodym do urzędu i w ciszy korytarzy jedynym dźwiękiem, który niósł się echem było przewlekłe pierdzenie dziecięcia... Cóż zrobić, na pewne rzeczy nie mamy wpływu, ale z wieloma można sobie poradzić. 
Oto moje sposoby na "obróbkę" młodego, co by nie dążył w kierunku turpizmu:
1) Tytułowe kozy w nosie (nie mówię o katarze, tylko o zwykłych śmieciach zalegających sapki młodego po całym dniu). Generalnie staram się nie używać aspiratora, czy patyczków - zostawiam to jako ciężką artylerię w wypadku kataru. W zamian w trakcie kąpieli, kiedy już buzia była myta - vide do nosa dostało się trochę wody, która odmoczyła najtwardszy towar, kładę małego na plecy i delikatnie ściskam nosek od góry ku dołowi (wyciskam gluciska). Po kilku powtórzeniach kozy bez problemu opuszczają "obórkę" :-D Uwaga, sposób ten nie działa u dorosłych - chyba mamy za twarde chrząstki.
2) Żałobne pazury. Tutaj sprawa jest trudniejsza, bo szorowanie szczotką raczej nie wchodzi w grę, więc jedynym sposobem jest częste cięcie, co by bród nie miał się gdzie zbierać. Kiedyś nie było z tym problemu. Obcinałam i już, ale nie teraz. Teraz on wszystko widzi i każdy ruch musi być zaakceptowany. Obcinaczka najczęściej zostaje mi wyrwana w celu dokładnego wyssania... Tak więc jako znakomity strateg (jakim jest każda matka) atakuję w chwili, kiedy jest najmniej czujny - tuz przed snem. Jesteśmy już po jedzeniu i po kąpieli, piżamka założona, zaraz będzie buziak na dobranoc... a tu niespodzianka BAJKI. W tym stanie umysłu młody nawet nie wie, że ma ręce, a co dopiero mówić o rejestracji obcinania paznokci.
3) Plamy od śliny na koszulce. Oczywiście dzieć może biegać zawsze i wszędzie w śliniaku, ale czyż nie ładniej (i taniej) jest kupić kilka bandanek w różnych kolorach, przeciąć każdą na pół (na dwa trójkąty) i wiązać pod szyją?
4) Syf za uszami. Co prawda, ten problem nas nie dotyczy, ale wiem, że tak bywa. Mam tylko jedno lekarstwo: kąpać dziecko w całości - zanurzamy główkę (uszom nic nie będzie)!!!
5) Plamy po kupie na pieluszkach wielorazowych i innych ubraniach. Sposób jest genialnie prosty, niestety użyteczny tylko latem: uprać normalnie i powiesić do wyschnięcia w pełnym słońcu - plamy znikają (powaga!).

6) Chce raczkować po podwórku. Ten temat jest mi szczególnie bliski. Jak było chłodno, nie było problemu, grube spodnie i do przodu, ale jak ubrać niemowlę w grube spodnie przy 30 stopniach...? Mój osobisty patent to "geterki-hokejówki". Na chińskie geterki (przy dobrych wiatrach 5zł z przesyłką) naszywamy, łapiąc w 4 punktach kawałki grubego materiału (u nas był to kaptur od zimowej kurtki). Koniec. Proste i praktyczne.
7) Nie schodzi mu napletek. Tutaj posiłkuję się mądrością innych.
8) Kołtuny na włosach. Loczki są urocze, ale po nocy wyglądają bardziej, jak szczotka, niż afro. Pomaga czesanie na mokro 2 razy dziennie. Szampon przeciw plątaniu być może coś daje, ale w ostatecznym rozrachunku wygrało u nas zwykłe mydło plus czesanie szczotka mamy. Dziecięce grzebyki nadają się khm... do zabawy ;-)
---
Zachęcam do podzielenia się własnymi sposobami na dziecięce problemy, może i ja też skorzystam! :-)

sobota, 19 marca 2011

Na Dobranoc - TEST kaszki Humana

Prowadzenia "mamusiowego bloga" ma pewne zalety. Można np. dostać parę opakowań ciekawych produktów, aby później napisać o nich to i owo. Tym sposobem otrzymałam do testowania 3 rodzaje kaszek Humana. Co bardziej wnikliwi czytelnicy znają moje zdanie na temat kaszek, więc słodzenia w kierunku Humany nie przewiduję ;-)
Na pierwszy ogień poszła mleczno-jęczmienna z brzoskwiniami przeznaczona do podania w ramach wieczornego posiłku.


mleczno-jęczmienna z brzoskwiniami

Opakowanie i informacje o produkcie ***

Widać, że  kaszka przyjechała do nas z za granicy, gdyż wszystkie oryginalne napisy są w języku niemieckim. Z tyłu opakowania naklejono polskie tłumaczenie składu i instrukcji użycia. Z jednej strony budzi to moje zaufanie, gdyż wiadomo, ze co niemieckie, to lepsze ;-) z drugiej jednak jest mi nieco smutno, że polskie mamy traktowane są jako odbiorca drugiej kategorii, dla którego nie opłaca się drukować napisów...
Lekki niepokój wzbudziła we mnie zawartość trzech rodzajów cukru, ale jak się później okazało obawy te były nie słuszne.
Producent zaleca podawanie właśnie tej kaszki na dobranoc ze względu na dłuższy proces trawienia produktu pełnoziarnistego. Ponieważ mój syn jada głównie takie  produkty, trudno mi powiedzieć, czy sprawdza się to w praktyce...

Przygotowanie i łatwość podania **

Jestem szczęściarą. Mój syn sam odstawił się od butli, więc kolację dostaje łyżeczką już od jakiegoś czasu. Nie było więc problemu z dostosowaniem sie do zaleceń producenta w tej materii. Problem miałam innej natury. Zazwyczaj wlewam do miseczki mleko lub wodę i do tego dosypuję kaszkę aż do uzyskania odpowiedniej gęstości. Tutaj natomiast producent zaleca odwrotny proces - najpierw kaszka, a potem woda. 6 miarek kaszki ma starczyć na 165ml wody. Hmm... Jasne, już się widzę odmierzającą tą wodę... 
Robiłam więc jak zawsze, woda do miseczki, a na to kaszka i tu pojawił się problem. Kaszka gluciła się, zbijała w grudy, nie chciała się połączyć z wodą. W zasadzie do końca posiłku walczyłam z suchymi grudami :-/
Na plus przyjmuję to, że młodemu smakowało. Plusem również jest to, że kaszka nie jest nazbyt sodka. Ot, taka akurat.

Ekonomia posiłku *

Hmm... Wg producenta kaszka starcza na ok. 5 posiłków po 250ml każdy. Może mój syn to żarłok, ale nic nie poradzę, że na wieczór wciąga 350ml plus ewentualne straty w trakcie podania. Tak więc dla nas opakowanie wystarczyło na dwie i pół kolacji. Gdybym miała kupować ją na co dzień, miesięcznie kosztowało by to 130,80pln (2 opakowania na 5 dni, czyli 12 opakowań na miesiąc). Dla mnie kosmos. Sama tyle nie wydaję na kolacje dla dwojga ;-)

Ponowny zakup **

Nie sądzę.

Ogólna ocena **

Fajny produkt przy założeniu, ze dziecko je "standardowo", a mama nie dysponuje zbyt dużą ilością czasu. Przydatne również dla dzieci nie pijących jeszcze krowiego mleka.
W naszym przypadku, gdy młody jest już zupełnie "krowi", zdecydowanie nie odczuwam potrzeby dokarmianie tego typu rzeczami.
Zdecydowanie na plus uznaję fakt delikatnego smaku, a szczególnie nie przesłodzenie produktu.

* beznadzieja  ** jak mus to niech będzie    *** da radę    **** dobrze jest   ***** wymiata

niedziela, 6 marca 2011

Fizjo-gadki, o zdrowiu mamy

Skoro ogarnęliśmy już temat zdrowia naszych najmłodszych, warto przez chwilę przyjrzeć się samopoczuciu tych, które sprowadziły na świat owe SKARBY ;-) Z przykrością muszę stwierdzić, iż ciąża, poród i macierzyństwo nie służą naszym ciałom... Począwszy od pierwszego tygodnia, kiedy "fasolka" zagnieżdża się w brzuchu, my - kobiety doświadczamy mało przyjemnych rzeczy jak wymioty, obrzęki, wysypki, bóle nóg, dłoni, krzyża, spojenia łonowego, brzucha, skurcze mięśni i parę innych, o których nawet nie chce mi się wspominać ;-P
Żeby to się jeszcze kończyło w dniu porodu... Ale nie, gdzieżby dało odpocząć! Od nowa bóle pleców, ciągnięcie szwów, ohydnie luźny brzuch... Zamienił stryjek ;-)
Nic to, myśli świeżo upieczona mama - minie połóg, będzie lepiej. Lepiej nie mówić... Niby szwy już nie ciągną, brzuch jakby mniejszy ale w międzyczasie dziecko urosło i przysłowiowy krzyż pęka od schylania się do łóżeczka, przewijania, kąpania itp. Nie wspomnę już o barkach, które drętwieją od prób "bezdotykowego objęcia" śpiącej bestii (każde szturchnięcie może go wybudzić i ryk), a przecież jakoś spać trzeba... No i kolana... Ach, te kolana umęczone zabawami na podłodze, raczkowaniem dla towarzystwa, kucaniem z młodym na rekach.
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Dlatego, że zdecydowanej większości tych rzeczy możemy uniknąć. Poważnie!
Zacznijmy od popularnej dolegliwości: bólu pleców. Najczęstsza ich przyczyna to columna vertebralis, czyli dobrze wszystkim znany kręgosłup. Warto wiedzieć, że kręgosłup to świetnie zaplanowana machina do przenoszenia ciężarów, trzeba tylko wiedzieć, jak jej użyć ;-) Można powiedzieć, że to taki jeden wielki resor, składający się części twardych (kręgów) naprzemiennie z miękkimi (dyskami). Myślę, że 4 kręgosłupy spokojnie utrzymałyby średniej wielkości samochód, nie czyniąc tym faktem szkody ani sobie, ani samochodowi ;-) Dlaczego więc 10-kilogramowy GNOM powoduje przeciążenia - spytacie? Ano dlatego, że ogromna wytrzymałość kręgosłupa ma miejsce tylko w jednej pozycji - WYPROSTOWANEJ, czyli takiej w jakiej stworzył nas sam Najwyższy (tudzież doprowadziła ewolucja - jak kto woli.) No to teraz rachunek sumienia. Szczerze (jak na rowerze), kto usypia malucha chyląc się nad łóżeczkiem? No kto??? A kto wyciąga młode z wanny w pozycji przecinka? A może na sali jest ktoś, kto sprząta zabawki bez schylania się (niech rzuci wtedy kamień, bo ja sama w tej kwestii czuję się winna).
Jak więc sobie radzić w codziennych sytuacjach? Czy jest dla nas ratunek? Jest :-)
1) Usypianie: włóż dzidźka do łóżka, postaw sobie obok krzesło, jak trzeba pogłaskać małą bestię to rób to (wygodnie rozparta na krześle) ;-) Jeżeli Twoje dziecko usypia na rękach - ok, przytul je i pospaceruj po mieszkaniu, jak chcesz, pobujaj - tutaj kluczem jest utworzenie z młodym jednej bryły (doklejenie go/jej do siebie), a same ruchy bujania maja pochodzić z twoich nóg. Uwaga! Grzechem jest nachylanie się i robienie z własnych rąk huśtawki - zabójstwo dla dysków.
2) Kąpiel: włóż bestię do wanny, a sama uklęknij obok opierając się ciałem o brzeg wanny. Jeżeli kąpiesz w wanience stojącej na podłodze (jak ja) usiądź na piętach wypinając pupę do tyłu - w tej pozycji może nie jest najwygodniej dla kolan, ale za to kręgosłup jest bezpieczny. Żeby bezboleśnie wyjąć potomka z "poziomu 0" do "poziomu pralka" chwyć go będąc jeszcze na dole i podnieś się z nim z kucek na prostym kręgosłupie. Jeżeli taki sposób wydaje ci się dziwny, możesz zrobić to metodą klasyczną - nachylając się, ALE pamiętając o jednej zasadzie: wypiętej pupie ;-P Tak, brzmi dziwnie, jednak wypięcie pupy powoduje ustawienie kręgosłupa w naturalnie wyprostowanej pozycji, a więc nagle jest on w stanie przenieść kilkaset kilo bez szwanku. O tej zasadzie od dawna wiedzą sztangiści!
3) Zabawa na podłodze: znów kluczem są tutaj proste plecy. Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że po turecku, czy z prostymi nogami długo przy prostych plecach nie wytrzymasz. Najsensowniejsze wydają się częste zmiany pozycji, klęk, siad na piętach, siad z boku pięt... Naszym wrogiem jest tu czas. Gdy czujesz dyskomfort w jakiejś pozycji, po prostu ją zmień. Ciało jest mądre i daje znaki, co jest dla niego dobre, a co nie.
Gdy przesadzę z zabawą z młodym staram się stosować zasadę przeciwności. Np.: za długo się nachylałam nad bączkiem i czuję "coś" w krzyżu, wstaję i parę razy odchylam się do tyłu. Metodą dedukcji, skoro zgięcie spowodowało mój ból, to zgięcie w przeciwną stronę powinno go cofnąć, prawda?
Oczywiście ideałem byłoby znalezienie 3 razy w tygodniu czasu na mamine ćwiczenia, czy choćby basen, niestety mnie ta sztuka jeszcze się nie udała. Nie oznacza to jednak totalnego lenistwa. Ćwiczenia można wpleść niemal w każdą codzienną czynność. Taki spacer. Mogę iść jak fleja, albo obrać sprężysty, wojskowy krok i popracować tym samym nad własnymi pośladkami. Zabawa z młodym - mogę włączyć śpiewające wiaderko i klikać w necie albo włączyć Franka Sinatrę i odtańczyć z nim "Come fly with me" etc. etc.
Jednym słowem, Drogie Mamy, wszystko zależy od nas.
Zdrówka życzę na wiosnę!
---
Z poradnika młodego fizjoterapeuty:
Bazy certyfikowanych terapeutów specjalizujących się w poszczególnych dziedzinach:
Kręgosłup: metoda McKenziego
Bóle/urazy/kręgosłup: Medycyna Ortopedyczna wg Cyriaxa

niedziela, 6 lutego 2011

Fizjo-gadki, zdrowy dzieć to podstawa

Z okazji pierwszych urodzin naszego Gnoma zadzwoniła babcia i zatroskanym głosem orzekła: "wiesz, on zaraz zacznie chodzić - musisz mu kupić byty ze specjalną wkładką, stopę trzeba odpowiednio kształtować", z kolei druga babcia wciąż nie może zrozumieć, dlaczego my - wyrodni rodzice nie kupiliśmy młodemu chodzika, bo przecież to taki fajny wynalazek - wszystkie dzieci powinny być w chodzikach, bo łatwiej im się poruszać...
Cóż, co 10 lat zmienia się podejście do wychowania oraz definicja zdrowia, więc być może to, co dziś jest uważane za dobre, jutro zostanie okrzyknięte zupełnym bezsensem ale COŚ z dzieckiem robić trzeba. JAKIEŚ buty musi mieć.
Osobiście postrzegam to tak: nauka chodzenia dla niemowlaka jest tym, czym dla nas byłoby stąpanie po linie na wysokości pierwszego pietra. Dziecko robi to pierwszy raz w życiu! Pewnie zadziwione jest faktem, że te dwa dziwne przedmioty na dole to jego nogi i że te nogi mogą do czegoś służyć. ;-)
Konia z rzędem temu, kto chciałby chodzić po linie w butach narciarskich (jak ktoś jednak chce spróbować to na priva chętnie puszczę kontakt do siebie - kolejny pacjent zawsze w cenie ;-)
Jednak zgodnie z teorią o dobroczynności sztywnych wkładek/zapiętków itp. powinniśmy lepiej czuć się w sztywnych butach. Powinno nam być wygodniej. W końcu to przecież zdrowe.
 Tiaaa... Na szczęście każdy jest kowalem (w tym wypadku) swojego dziecka i można postępować inaczej. Buty? Zbędny wynalazek - po domu na bosaka albo w skarpetkach z ABSami. Nota bene to dobra rada dla nas wszystkich. Chcesz być zdrowszy - chodź na bosaka!
Czasem jednak trzeba wyjść na zewnątrz, powiecie. Tutaj zaczynają się schody, gdyż 90% rynku obuwniczego to usztywniane "koszmarki" za grubą kasę :-/
Od czego jednak mamina samopomoc? Oto kilka dziecięcych bucików odpowiadających potrzebom małej stópki (czyli udających, że ich nie ma):
  • zwykłe chińskie tenisówki za parę zł z bazaru, miękkie, tanie i dobre (wada: w zimie bezużyteczne,)
  • buciki z Deichmanna - już za 50zł da się kupić coś sensownego na wiosnę - jesień
  • Stonzy - mercedes wśród bucików, drogie ale uniwersalne (wada: latem się nie sprawdzą, drogie).
 A co jak młode jeszcze nie chodzi? Może włożyć w chodzik, to zacznie? Jasne! A jak nie  umie pływać to włóżmy je w kółko, na pewno się nauczy - w końcu i to woda, i to woda. Albo lepiej - jak nie umie siusiać do nocnika to wsadźmy je do sedesu - szybciej załapie, że tam się robi, bo nie będzie miało wyjścia (dosłownie) :-/
Z punktu widzenia fizjoterapeuty, skoro nie chodzi, to pewnie jeszcze nie jest na to gotowe. Może jakaś struktura jeszcze się nie wykształciła? Może stawy nie są na tyle ukształtowane, żeby unieść 10kg "szczęścia"? Może mięśnie nie są jeszcze wystarczająco silne? Nie wiem. Wiem, że moje dziecko preferuje chód "na czterech". Wiem również, że matka natura tak zaplanowała rozwój malucha, żeby wszystko "grało" aż do śmierci. Dlaczego więc ja jako rodzic miałabym zmieniać ten proces? Po co przymuszać młode do przyjmowania pozycji, których jeszcze przyjmować samo nie chce? W tym momencie już słyszę głosy mam: "ale ona uwielbia być stawiana!", "on lubi swój chodzik, jest w nim taki szczęśliwy!", "przecież jakby mu było źle - to by płakał!". Bla, bla, bla... Lubi, bo jej pokazałaś, cieszy się, bo chodzik zrobił za niego robotę, a on już nie musi się męczyć, nie płacze, bo nie ma powodu - góra przyszła do Mahometa, a nie na odwrót. Prawidłowy rozwój związany jest z wysiłkiem fizycznym. Dziecko tysiąc razy upada po to, żeby później stabilnie stanąć. Czy wiecie, że okres raczkowania to jedyny moment w życiu, gdy spędzamy kilkaset godzin w podporze na rękach? Taki trening nie powtórzy się już NIGDY! Dlaczego więc zabierać to dziecku, pakując je w chodzik? Ja nie zamierzam. Amen.
W ogóle fizjoterapeutyczne dziecko ma przerąbane. Basen od 2. miesiąca życia (nawet z katarem), ćwiczenia dla wyrównania problemów rozwojowych (nawet tych wyimaginowanych), ograniczona liczba zabawek, 4-godzinne spacery etc... etc...
Myślę jednak, że ogólnie młody nie może narzekać. Okazuje się, że ciepłe i opiekuńcze zachowanie jest zachowaniem dobroczynnym. Weźmy takie chusty. Zacny trend :-) Dziecko w prawidłowej pozycji, bezpieczne i bujane. Czuje ciepło mamy, jej zapach, słyszy jej oddech, bicie serca. Dlaczego to takie ważne? Dlatego, że w każdej minucie życia kształtuje się mózg naszego maluszka, rozrastają się komórki nerwowe, powstają nowe połączenia. Ten proces ma nawet swoją nazwę - to PLASTYCZNOŚĆ. Przez to, jak traktujemy malucha, mamy wpływ na to, jakie połączenia powstaną i jak komórki będą się rozrastać. Poważnie!!! Szczególnie kołysanie jest ważne, dzięki niemu odpowiednio kształtuje się układ przedsionkowy stanowiący bazę dla wszelkich dalszych struktur odpowiedzialnych za poruszanie się człowieka. Poprzez układ przedsionkowy tworzymy pierwszą - bazową więź: ja - Ziemia, czyli ja kontra grawitacja. Jeżeli dziecko nie odnajdzie się w przestrzeni, nie utworzy tej pierwszej, pierwotnej więzi, nie będzie w stanie nawiązać żadnych następnych: ja - moja ręka, moja noga - moja głowa, ja - rodzina, a w końcu ja - społeczeństwo. Sic! To jest aż tak ważne!!! Także drogie mamy i drodzy tatusiowie, noście dzieci! Kołyszcie je, przytulajcie i ściskajcie! Odwdzięczą się na starość (dzięki zbudowanej więzi może nie oddadzą nas do domu starców ;-)))
---
Porady cioci Asi ;-)
  • But nadaje się do noszenia przez dziecko, jeżeli da się go w rękach zwinąć w rulonik - jest miękki,
  • jeżeli MUSISZ (bo się udusisz) mieć chodzik, kup taki, który dziecko pcha, a nie siedzi w środku,
  • żeby dobrze wiązać dziecko w chuście warto skorzystać z instruktażu doradcy chustowego
  • jeżeli nie jesteś pewna, czy twoje dziecko rozwija się prawidłowo, skorzystaj z porady fizjoterapeuty dziecięcego (ja ufam terapeutom NDT Bobath.)

niedziela, 9 stycznia 2011

Kasza - jedzenie dla ubogich (?)

Dzieci jedzą kaszki. Oczywista oczywistość. Kaszki kukurydziane, ryżowe, manną... I tu zonk, bo w zasadzie na tych trzech kończy się oferta przeciętnego sklepu. Konia z rzędem temu, kto w zwykłym sklepie znajdzie chociażby kaszę owsianą, nie wspominając o orkiszowej, czy jaglanej. Dodatkowo "mainstreamowe" kaszki zazwyczaj wzbogacone są w mleko i obowiązkowo w cukier i aromaty. Co więc robi mama napalona na zdrową żywność, uważająca biały cukier za źródło całego zła na tym świecie? Oczywiście wchodzi na Allegro ;-)
Nie trzeba długo szukać, aby zapoznać się z produktami takich firm, jak Holle czy chociażby linia Babydream popularnego Rossmana ale [uwaga] w tym drugim produkty bez mleka i cukru wypuszczane są tylko na rynek niemiecki, więc my - Lachy musimy je kupować tak jak proszki, od pośredników. 
No więc skoro jednak DA SIĘ kupić kaszkę inną, niż trzy wymienione we wstępie, to czemu nie? 
Idąc tym tokiem myślenia podawałam młodemu tylko produkty z pełnego przemiału, bez cukru (ofkors) i różnorodne (orkisz, jaglana, owsiana, musli itp.). Tutaj mała dygresja, dlaczego tak kocham kaszę jaglaną? Jest to kasza nazywana czasami kaszą wojenną, jest najbogatsza w składniki odżywcze, dzięki niej wielu ludzi przetrwało wojnę - dlatego koniecznie chciałam, żeby młody jadł właśnie taką. [ dygresja od dygresji: Tak sobie jednak myślę, że podczas wojny musiała być tańsza...]
Pudełko "dobrej" kaszki kosztuje około 14zł (+ ewentualna wysyłka, jeśli musimy kupować przez net). Czego się jednak nie robi dla zdrowia dziecka... Może i się robi, ale prawa natury są nieugięte i spożycie z miesiąca na miesiąc rośnie  osiągając w pewnym momencie poziom krytyczny (nazwijmy go roboczo poziomem CD - jak Czarna Dziura, jaką z pewnością ma mój syn w żołądku), co zmusza rodzicieli do poszukiwania źródeł energii zastępczej dla sektora gospodarstwa domowego, jakim jest pan Mały Głód.
Jak zawsze niezastąpione są konsultacje z zaprzyjaźnionymi mamami. Wystarczy jeden telefon, aby dowiedzieć się że:
a) kasza manna jest tania i dobra,
b) można kupić manną orkiszową, będzie tanio, dobrze i zdrowo,
c) można kupić zwykłą kaszę jaglaną, zmielić w młynku i wyjdzie prawie manna jaglana !!! [uwaga, trzeba długo gotować i docelowo nie stworzy w mleku idealnej zawiesiny, jak ta po 13zyla],
d) z owsianą j.w.
e) jeśli dziecko je łyżeczką można zwykłą jaglaną ugotować z owocami i podać, wychodzi pyszne - wiem, bo podjadam.
A teraz mały kosztorys:
Kaszki Holle vs kasza manna orkiszowa
Holle: 14zł za opakowanie, a w nim 10 porcji po 25g --> jedna butla = 1,40pln
Manna orkiszowa: 7zł za 500g, a w nim 50 porcji (jest cięższa i daje się jej mniej) --> butla = 0,14gr
Czy jest nad czym rozmyślać? Jak dla mnie nie.
Tak więc od pamiętnej rozmowy na linii Gdańsk-Warszawa młody wcina "jedzenie dla ubogich" i wiecie co? Lepiej śpi! :-P
---
Dla tych, co boja się gotowania - przepis na kaszę manną "na lenia" (ok, ja tak robię)
1) kup kaszę manną błyskawiczną (jest nawet jedna bez gotowania, ale ja i tak trochę gotuję)
2) znajdź garnek wielkości głowy Twojego dziecka
3) napełnij go do połowy wodą i zagotuj tą wodę
4) jak się zagotuje, wsyp 3 miarki (takie od mleka, albo 3 czubate łyżeczki) kaszy
5) chwilę pogotuj (tyle, ile zajmie Ci pomyślenie o najprzystojniejszym mężczyźnie świata)
6) zostaw w spokoju do momentu karmienia
Jak chcesz nakarmić:
1) wymieszaj to, co zostawiłaś wcześniej na kuchni
2) podgrzej, jak trzeba (ja leję do butli 270ml, bo tyle zjada i podgrzewam w mikrofali)
3) dodaj stosowną ilość mleka, jakie je Twoje dziecię (u mnie 9 miarek)
4) wymieszaj, podaj, zapomnij.
Ja gotuję około 18.00 taką porcyjkę i starcza mi to na dwa podania: wieczorne i poranne.