niedziela, 27 stycznia 2013

Pielęgnacja dziecka - wersja minimum czyli jak ogarnąć atopową skórę młodzieży


Problemy skórne wnieśliśmy do puli genetycznej naszego syna niejako za obopólną zgodą. Ja sprzedałam mu wrażliwość i tendencję do egzem, tatuś atopowe zapalenie skóry.  Na początku nie było nawet bardzo źle. Po narodzinach wystarczało smarowanie dłoni i stóp czymś tłustym, jak masło shea, czy olejek ze słodkich migdałów*. Niestety gładka skórka noworodka wkrótce obsypała się krosteczkami i skończyło się rumakowanie – coś trzeba było wymyślić. Próbowaliśmy kilku rzeczy, o których nawet nie chce mi się pisać, bo nie przyniosły żadnej korzyści, dlatego napiszę jedynie o tym, co u nas odniosło skutek:

  1. Kąpiele w krochmalu. Serio serio. Krostki zaczęły znikać już po pierwszej kąpieli! Plusem takiej procedury jest jej taniość, minusem potrzeba codziennego gotowania „kisielku”. W naszym wypadku z pomocą przyszła prababcia, która zobowiązała się do codziennego przygotowania krochmalu. Na wanienkę wody wlewałam około pół szklanki średnio gęstego stuffu ;)
    Gotowanie krochmalu dla opornych:
    • wlej pół szklanki wody do małego garczka – zagotuj
    • w ¼ szklanki zimnej wody rozmieszaj łyżeczkę mąki ziemniaczanej (w każdym spożywczym za grosze)
    • wlej zimną mieszankę do gotującej wody, zamieszaj, chwilę pogotuj
    • to, co wyszło wlej czem prędzej do wanienki i rozmieszaj (jak glut będzie za gęsty – np. jak postoi godzinkę, to nie uda się go rozpuścić w kąpieli
  2. Naturalne oleje: oliwa z oliwek i olej ze słodkich migdałów. To moje dwa ulubione smarowidła dla młodego. Jak stosować? Na mokrą skórę tuż po kąpieli - wycieranie na końcu. Oliwę z oliwek pozyskuję z kuchni, olej ze słodkich migdałów kupuję w sklepach typu Mazidła, czy Naturalne Piękno lub w wersji „taniocha” w postaci oliwki Baby Dream lub Hipp (nie jest to czysty olejek migdałowy, ale u nas się sprawdza).  
  3.  Mix powyższych metod w wersji „wszystko na odwrót” – dla turbo leniwych. Tak, ta kombinacja to mój wynalazek J Do kąpieli zamiast krochmalu dolewałam mały kieliszek oliwy z oliwek, a po wytarciu młodego zasypywałam w całości mąką ziemniaczaną. Tą wersję praktykowaliśmy kilka miesięcy, żeby zapobiec nawrotom krostek.
Tymi sposobami panowaliśmy nad skórą dziecka przez pierwsze półtora roku. W drugim roku życia niestety problemy wznowiły się. Sucha wysypka (wg lekarza AZS) obsypała całe nogi i ramiona młodego, w dodatku zrobiła się swędząco-boląca, więc trzeba było SZYBKO coś wymyślić. Nadal czułam niechęć do aptecznych kosmetyków, aczkolwiek zostaliśmy wybrani do testów balsamu Eucerin Omega , więc na ten czas odłożyłam na bok swoje przekonania tylko po to, żeby nabrać pewności, iż wydawanie grubych pieniędzy na tego typu produkty z całą pewnością jest bez sensu. Co  w zamian?
W zamian sporządziłam kosmetyki własnej roboty o prostym składzie zainspirowane doświadczeniami Czarownicującej i Czarszki.

Czarownicująca o myciu alergika: klik  i klik
Czarszka i balsam w kostce: klik
 
Jak to działa u nas?
Do kąpieli dodaję młodemu garść płatków owsianych zawiniętych w kawałek pieluszki. W czasie kąpieli używam tego zawiniątka zamiast gąbki – nie dodaję już żadnych dodatkowych myjadeł. Jedynie podczas mycia głowy posiłkuję się odrobiną szamponu bez SLS. Uwaga, młody nie kąpie się codziennie. Mam wrażenie, że rezygnacja z częstego moczenia wychodzi mu na dobre, choć to pewnie kwestia indywidualna.

Po kąpieli, ale przed wycieraniem smaruję go oliwką j.w. Po wysuszeniu poprawiam nogi i ramiona balsamem w kostce i tyle. Tą kostkę stosujemy zresztą również na twarz i usta, a także u dorosłych na kolana i łokcie. Jak dla mnie to super produkt.


Generalnie jak myślę o pielęgnacji tak młodej skóry, staram się skupić raczej na tym, czego unikać, a nie czym smarować. Znów sprawdza się zasada „im mniej, tym lepiej” i „czytaj składy”. Zwłaszcza czytanie składów jest szalenie ważne w przypadku problematycznej skóry.
A wy jak sobie radzicie z problemami skórnymi swoich pociech?

*Z założenia jestem przeciwnikiem stosowania kremów, czy jakichkolwiek innych gotowych preparatów od pierwszych dni życia dziecka. Uważam, ze jeżeli jest taka możliwość, nie należy używać nic. Niestety moje przekonania sobie, a życie sobie ;)

sobota, 8 września 2012

Zachować twarz (najlepiej do później starości)

Skoro już napisałam o swoich włosowych perypetiach to - a niech tam - napiszę też o pielęgnacji twarzy, którą w ostatnich latach mocno dopracowałam dzięki czemu problemy z wypryskami, przetłuszczaniem, czy łuszczeniem się odeszły w siną dal =)
Jak to zazwyczaj u mnie bywa, większość informacji znalazłam w sieci, przebijając się przez dziesiątki postów na różnych blogach i jeszcze większą ilość Wizażowych wątków...

Początki...

Wszystko zaczęło się od przejścia na kosmetyki samorobione, jak pisałam kilka lat temu (matko, mój blog ma kilka lat!) --> klik.
Wypróbowałam wiele gotowych zestawów do robienia kremu i żaden nie zadowolił mnie w 100%, przełomem okazało się kupno Bazy 1-1-3 klik ze strony Zrób Sobie Krem.
Przy użyciu bazy można stworzyć krem o dowolnych właściwościach bez podgrzewania, długotrwałego mieszania, a co najważniejsze bez ryzyka, ze coś nie wyjdzie.
Czym się kieruję przy doborze składników? Staram się bazować na mądrości Azjatów O.o
Tutaj znajdziecie ogólne zasady pielęgnacji w azjatyckim stylu. Oczywiście nie stać mnie na oryginalne kosmetyki, ale dlaczego nie zainspirować się ich składem i nie stworzyć czegoś swojego?
Najprościej samodzielnie ukręcić serum pod krem (gdy czujesz, że samodzielne kremy to nie twoja bajka). I tutaj UWAGA, UWAGA! Jeżeli jesteś mamą to najprostsze serum masz zapewne w szafce z lekami! Mowa o kropelkach z 10% witaminą C: Juvit lub Cevikap. Oba preparaty można stosować bezpośrednio na cerę. Juvit jest nieco cięższy, więc nadaje się na noc lub na zimę, Cevikap lżejszy może być i na dzień. Witamina C to naturalny przeciwutleniacz oraz filtr przeciwsłoneczny - czegóż chcieć więcej za 10zł? Jeżeli ten temat wydaje się interesujący, poczytaj więcej tutaj: klik.

Mamy krem na twarzy i co dalej?

Drzewiej gustowałam w klasycznych podkładach. Kupowałam te tanie, jak i te drogie. Jasne i ciemne. Matujące i rozświetlające. Dziwiłam się czemu po każdym z nich przybywa suchych skórek, przybywa pryszczy, czemu gromadzą się w załamaniach skóry...
A potem spróbowałam koreańskiego kremu BB i świat stał się piękny (i żyłam długo i szczęśliwie z księciem u boku   ...zapędziłam się ;)
źródło: http://www.squidoo.com/b-b-cream
Co to jest krem BB? Basia z blogu Azjatycki Cukier wyjaśnia to lepiej ode mnie: klik.
Osobiście zdecydowałam się na zakup próbek kilku kremów firmy Skin79 (jedna z najpopularniejszych marek) poprzez eBay klik, po czym uznałam, że jestem fanem najpopularniejszego - różowego i ten zakupiłam również przez eBay w pełnym wymiarze za około 60zł. Muszę Wam powiedzieć, że wydajność tych kremów jest niesamowita. Miałam 3 próbki po 5g każda i przez 3 miesiące codziennego stosowania nie udało mi się jeszcze wszystkich wykorzystać (co zresztą jest nieco wkurzające, bo cały różowy czeka -.- )
Jeśli martwicie się ryzykiem zakupu podróbki, tutaj i tutaj krótki instruktaż, jak rozpoznać oryginał.
Krem BB stanowi dla mnie podstawę pielęgnacji latem (ma filtr SPF 25 i PA++), kiedy jednak potrzebuję czegoś więcej, sięgam po:

Kosmetyki mineralne

Pokrótce, kosmetyki mineralne to takie same kosmetyki, jak każde inne, ale ...mineralne ;-) No dobra, to zupełnie inne kosmetyki. Przede wszystkim mają one postać proszku. Popularnie są nawet nazywane proszkami. Podkład, korektor, cienie itp. - wszystko proszki.
Dlaczego są tak genialne? Przede wszystkim nie zawierają tysiąca składników chemicznych, jak klasyczna kolorówka.

Na ten przykład skład mojego podkładu (Everyday Minerals) to:
mica (CI 77019), titanium dioxide (CI 77891), zinc oxide (CI 77947), iron oxides (CI 77489, CI 77491, CI 77492, CI 77499). May contain: ultramarines (CI 77007)
Czyli 4 [cztery!!!] składniki
źródło: smbtraining.com/blog/less-is-more-usually

Dla porównania skład mojego ostatniego klasycznego podkładu (Max Factor):
Aqua, Cyclomethicone, Titanium Dioxide, Propylene Glycol, Dimethicone, Talc, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Dimethicone Copolyol, Sodium Chloride, PVP, Laureth-7, Arachidyl Behenate, Sodium Dehydroacetate, Trihydroxystearin, Propylparaben, Methicone, Methylparaben, Synthetic Wax, Silica, Cetyl Dmethicone Copolyol, Polyglyceryl-4 Isostearate, Hexyl Laurate, Ethylene/Methacrylate Copolymer, Ethylene Brassylate, Sodium Acetate, Aluminum Hydroxide, Stearic Acid, Isopropyl Titanium Triisostearate. [+/- CI 77491, CI 77492, CI 77499]
30 składników!!!! Na pierwszych dwóch miejscach woda i silikon. Szkoda gadać...

Temat kosmetyków mineralnych jest baaardzo obszerny i chyba każdy musi przez to przebrnąć na własną rękę. Niestety...
Ja zdecydowałam się na jedną z popularniejszych marek - Everyday Minerals. Zamówiłam kilkanaście próbek różnych kolorów, wypróbowałam każdy z nich i wybrałam najbardziej zbliżony do koloru mojej skóry, taki zamówiłam w pełnym wymiarze.
Na szczęście nie mam problemu opalenizny (postanowiłam się nie opalać w ogóle - już nigdy), więc podkład jest całoroczny.
Pędzle do makijażu (konieczność przy mineralkach) kupiłam na eBayu - prosto z Chin. Wyszło tanio i dobrze.


A na wieczór ...oczyszczanie


Wiadomo, że myć się trzeba, ale jak to zrobić, żeby dokładnie wymyć cały makijaż i nie podrażnić delikatnej skóry, a także nie zniszczyć naturalnego płaszcza lipidowego?
Teraz wiem, że jednym z moich kosmetycznych grzechów był niedostateczny demakijaż, choć starałam się to robić najdokładniej jak umiałam. Nie ma co wspominać przeszłości. Oto jak [znów] dzięki Basi zapoznałam się z wieloetapowym oczyszczaniem twarzy: klik
Jak to wygląda w praktyce:
1) mycie oliwką własnej roboty
2) szybki piling (bez mocnego masowania - robię go codziennie)
3) coś do mycia bez SLS - obecnie TEN, następny w kolejce stoi stary dobry Facelle ^^

Swoją drogą, żebyście widziały miny ekspedientek, gdy latałam po galerii i we wszystkich kosmetycznych sklepach pytałam o żel do mycia bez SLS... Hi, hi!


No i notka zatoczyła koło, bo po oczyszczeniu kładę serum, potem krem, rano mycie tylko oliwką, serum, krem, krem BB, puder ...i tak w kółko.
Cera zadbana, nawilżona, zmarszczki spłycone, suchych skórek niet.
Tego samego życzę Wam!


Garść konkretów:

Mój przepis na oliwkę do mycia:
80g oliwy z oliwek (może być słonecznik lub nawet Baby Dream)
10g oleju rycynowego (zwykły z apteki - mozna go też pominąć i wlać więcej oliwy)
10-15g PEG7 Gliceryl Cocoate (do kupienia na Mazidłach)
można dodać kilka kropli ulubionego olejku zapachowego - ja stawiam na grapefruit

Jak szybko zwiększyć szansę na bezpryszczową twarz?
Czytać składy! Nawet super turbo wypasione kremy potrafią mieć w składzie parafinę, która np. w moim wypadku bardzo zapycha pory powodując paskudne pryszcze.
Tutaj lista innych zapychaczy - może któryś nagminnie używasz i sama ściągasz na siebie deszcz "meteorytów"? ;)

Czy Twój Książę* też może korzystać z tego typu pielęgnacji?
Tak, jak najbardziej. Mój Księciunio* myje twarz wieloetapowo i używa kremu mojej roboty. Muszę powiedzieć, że opanowaliśmy tym sposobem jego AZS...

*TŻ pozwolił na publikację w JEGO sprawie tylko, jeśli będę go tytułować "Mój Książę" =)

czwartek, 7 czerwca 2012

Pod włos - nieco przydługi post o pielęgnacji włosów połączony z retrospekcją i elementami autobiograficznymi


Nigdy nie narzekałam na włosy, a raczej na ich brak. Odkąd pamiętam moje włosy były gęste, szybko rosnące, mocne i łatwe w układaniu. Było ich tak dużo, że od zawsze prosiłam fryzjerów o wycinanie zbyt gęstych boków (słowo "degażować" poznałam i zapamiętałam w podstawówce ;P)
Po ciąży
Kiedy po narodzinach młodego zaczęły wypadać to nawet się ucieszyłam - może wreszcie się przerzedzą i będzie mi łatwiej... A dlaczego było mi trudno? A no z jednego powodu. Nie wiedzieć czemu (ok, wiedzieć dobrze, ale o tym za chwilę) od jakichś 10 lat moje włosy strasznie się puszą. Po myciu nie ma mowy o pozostawieniu ich samopas, bo "król lew" murowany. Dopóki siedziałam w domu z dzieckiem, nie miało to znaczenia. Kucyk/koczek i do przodu. Problem się zaczął po powrocie do pracy. Bez wygładzania całości prostownicą nie kwalifikowałam się, żeby przejść próg firmy ;-) No więc cóż było robić, fryzjer nr 1: poszarpane końcówki i spalone pasemka, fryzjer nr 2: beznadziejna fryzura a la czeski piłkarz łamane na hełm teściowej, fryzjer nr 3: wreszcie upragniona dość krótka fryzura z niewielkimi wymaganiami, co do prostowania (w tym miejscu pozdrawiam panią Natalię :) wielki szacun za talent i umiejętności okiełznania moich włosów!) Tak minął rok, po upływie którego zauważyłam, że nawet te krótkie pasma trudno mi wyprostować i nawet po myciu i układaniu wyglądają smętnie,matowo i jakoś tak sztywno...
Zaczęłam drążyć ten temat w sieci i powoli wszystko ułożyło się w całość. Całe lata myślałam, że dbam o włosy, bo przecież codziennie (!!!) przed prostowaniem nakładałam na nie "jedwab", do tego od czasu do czasu odżywka no i super-druper wygładzające szampony - dlaczego coś było nie tak???
 He he, no troszeczkę...
1) Włosy nie są z kewlaru, nawet najsilniejsze można zniszczyć długotrwałą ekspozycją na wysoką temperaturę (dobra prostownica rozgrzewa się do ponad 200st. C)
Żebym wtedy zainteresowała się pielęgnacją...
2) Tzw. jedwab (np. Biosilk, czy CHI) koło prawdziwego jedwabiu nawet nie stał - są to substancje na bazie silikonów mające za zadanie wizualnie poprawić wygląd włosów. Nie mają nic wspólnego z odżywianiem. Co robią dobrego? Chronią włosy przed mechanicznymi uszkodzeniami tworząc wokół nich "film" ochronny.
3) Szampony wygładzające zazwyczaj mają w sobie dwie rzeczy: SLS i silikony. SLS to detergent mocno i agresywnie oczyszczający włosy, a silikony, to jak wyżej.
Mając powyższą wiedzę należy sobie zadać jedno, tudzież dwa podstawowe pytania:
- czy odpowiada mi sposób "pielęgnacji" polegający na systematycznym niszczeniu włosa i maskowaniu zniszczeń - jeżeli odpowiedź brzmi tak, to jest to moment, kiedy można zaprzestać dalszego czytania tej notki. Jeżeli jednak odpowiedź brzmi - nie, nasuwa się pytanie kolejne:
- w jaki sposób, będąc młodą mamą, w przystępny czasowo i finansowo sposób pielęgnować włosy?
Na własne potrzeby w miarę możliwości zgłębiłam ten temat i da się ;-)
Poniższe porady pochodzą głównie z blogów:
Anwen "Jak dbać o długie włosy" - kopalnia wiedzy, baaardzo inspirujący
Siempre la belleza "Siempre la belleza blog"- bardzo konkretnie o pielęgnacji, a także przepisy dla zwolenniczek samodzielnie robionych kosmetyków (polecam mgiełkę anty UV!!!)

ZASADY MATCZYNEJ (i nie tylko) PIELĘGNACJI WŁOSÓW

(w tym wypadku przesuszonych i zmęczonych latami prostowania, z natury blond falowanych)

Po pierwsze oczyszczanie:
- zrezygnuj z udziwnionych szamponów, kup jeden lub dwa o prostym składzie bez SLS (np. Babydream z Rossmana za kilka zł - bonus jest taki, że macie jeden szampon z młodzieżą), drugi może być z SLS jeżeli zamierzasz korzystać z trudno zmywalnych silikonów(np. Barwa lub Bambi)
TUTAJ instrukcja JAK myć włosy.
- myć włosy można również odżywką!!! (polecam  Isana wygładzająca również z Rossmana), ale uwaga nie może ona zawierać w składzie silikonów. Wątek o bezsilikonowych kosmetykach na Wizażu: KLIK.

Po drugie odżywianie:

- od środka
   * Herbatka ze skrzypu i pokrzywy (5zł za opakowanie w każdej aptece starcza na miesiąc). Zalewamy po torebce każdego zioła szklanką wrzątku i do przodu.
   * Napój z drożdży (1zł za opakowanie - starcza na 4 dni). 1/4 kostki drożdży zalewamy wrzątkiem, mieszamy, zostawiamy do ostygnięcia i chlup ;-) UWAGA! Niektóre drożdże nie chcą się całkowicie rozpuszczać i na dnie szklanki zostają paskudne granulki, wtedy taki napój najpierw miksuję. Drożdże - pewniaki są w Biedronce. Rozpuszczają się idealnie i dobrze smakują. Jeżeli smak jest nadal nie do przejścia można poeksperymentować, np. zalać je mlekiem, wmiksować w nie banana itp.

-od zewnątrz
   * przed myciem wcieranie we włosy oleju, może być najprostszy - z kuchni: oliwa z oliwek albo słonecznikowy. Jak się wciągniemy można pomyśleć o czymś bardziej egzotycznym, jak kokosowy, migdałowy, czy jojoba. Procedura jest hiper prosta: odrobinę oleju (około łyżki na całe włosy) wcieramy we włosy kilka godzin przed planowanym myciem lub wieczorem, kiedy mycie planujemy rano. Oleje bardzo prosto się zmywa. W moim wypadku te lżejsze zmywam odżywką =)
O rodzajach olejów: klik
Jak nakładać olej: klik

Po trzecie  zabezpieczanie:

Jeżeli masz długie włosy, lub pragniesz takie mieć, musisz mieć świadomość, że ich końcówki narażone są na bardzo wiele uszkodzeń mechanicznych w trakcie codziennych czynności (ocieranie się o bluzkę, przygniatanie szalikiem, uciskanie spinką, rozczesywanie na siłę...). Żeby ochronić je przed tymi czynnikami ku pomocy przyjdą nam ...silikony. Tak, tak - przed chwila pisałam, że to zło wcielone, ale nie do końca tak jest. Silikony użyte świadomie i co tydzień - dwa zmywane (żeby się nie nawarstwiały) mogą być naszym sojusznikiem.
O silikonach u Anwen: klik

Powyższa notka to tylko wierzchołek góry lodowej, jaką jest temat pielęgnacji włosów. Serdecznie zachęcam do poszukiwań.
W tym miejscu dziękuję wszystkim dziewczynom prowadzącym włosowe blogi za to, że Wam się chce! JESTEŚCIE WIELKIE :-)

Trudne początki... Tak wyglądał mój start w walce o piękne włosy (po zmyciu silikonów wyłonił się obraz nędzy i rozpaczy). Mam nadzieję, że przyjdzie mi się również kiedyś pochwalić pięknymi blond falami na tym blogu :-)






sobota, 21 stycznia 2012

Każdy ma swoje "bioderko"

Nigdy nie obawiałam się o własne zdrowie. Kaszel, katar, czy co tam jeszcze nie stanowiły większego problemu (ani mniejszego nawet). Ogólnie przed narodzinami młodego niewieloma rzeczami się martwiłam. Wszystko uległo zmianie, gdy na świat przyszedł ON. Czy nie je za mało? A może za dużo? Czy kupa, co 2 dni to ok, czy powinnam dać mu czopek? Dlaczego płacze? Dlaczego NIE płacze? Czy na pewno oddycha? Dlaczego zaczął płakać, przecież TYLKO sprawdzałam, czy oddycha?... etc. etc.
Pierwszy poważny stres przeżyliśmy przy kontroli stawów biodrowych. Po jednej stronie odwiedzenie nóżki było mniejsze, niż po drugiej. Przez kilka dni zawisła nad nami groźba szyny Koszli, czy innej rozwórki. Wydawało mi się wtedy, że to praktycznie koniec świata. Wszyscy mają zdrowe dzieci, a nas spotyka COŚ TAKIEGO. Na szczęście bardziej doświadczone mamy ruszyły z odsieczą i po chwili okazało się, że jednej synek urodził się z wadą dłoni, po której ślad dawno zaginął, druga przeszła z młodą przez 3 miesiące pobytu w szynie po czym również nie ma śladu), że nie wspomnę o znajomych, którzy pierwsze tygodnie spędzili z młodym w szpitalu, bo zbyt wcześnie pojawił się na tym świecie... Nie ma to, jak dobra grupa wsparcia ;-)
Ostatnio znów spotkało nas coś przykrego. Młody w nocy obudził się ze "szczekającym" kaszlem i dusznościami. Musieliśmy wzywać pogotowie i jechać do szpitala. Co prawda sytuacja została szybko opanowana, ale stres pozostał. Zapalenie krtani lubi nawracać. Na forach internetowych milion porad, co robić - połowa z tego bez sensu lub wręcz szkodliwa. Lepiej słuchać lekarzy.
I znów myśli, dlaczego my? Wszyscy zdrowi, a my w szpitalu... Ale czy na pewno? Na spokojnie zaczynam analizować zdrowie dzieci z najbliższej rodziny i znajomych. U jednego wycięte migdałki, druga ma wodę w uszach, trzecia ma za sobą obustronne zapalenie płuc i szpital... Długo by wyliczać. Znów okazuje się, ze każdy niesie swój krzyż, a dobrze jest tylko tam, gdzie nas nie ma.
Dlaczego w ogóle to piszę? Żeby podzielić się i innymi mamami refleksją, iż KAŻDY ma swoje "bioderko". Dla jednej zmartwieniem będzie waga dziecka, inna panicznie będzie bać się drgawek towarzyszących gorączce, a inna (tak jak ja) będzie w nocy wsłuchiwać się w oddech dziecka ze strachu przed dusznością.
Nie ma dzieci idealnie zdrowych i nie ma rodziców idealnie spokojnych. Najważniejsze jest, by nie tracić głowy w chwilach grozy. I tego życzę nam wszystkim w Nowym Roku.
Niech 2012 będzie spokojny, wolny od stresu i przede wszystkim zdrowy. Dzieci niech rosną, a my zachowajmy młodość (choćby ducha).
W tym miejscu przesyłam specjalne pozdrowienia dla Ewy, która jako dziecko też "szczekała" i żyje, a nawet ma się dobrze. Czasami drobne gesty i proste słowa wnoszą nadzieję w serce drugiej osoby...

środa, 9 listopada 2011

Notka z pazurem


Każdy ma jakieś hobby, lub mówiąc dosadniej - świra. Mój ostatnio objawia się kompulsywnym malowaniem paznokci w różne desenie i wzory. Zaczęło się niewinnie od pomalowania (wtedy) krótkich ogryzków w celu zapuszczenia ich. Lakier na paznokciu odstręcza mnie od dalszego obgryzania, a do obgryzania mam mocne predyspozycje ;-P
Jak to często bywa, jedno zachowanie odstresowujące zamieniło się w inne, aczkolwiek tego drugiego nie trzeba się wstydzić.
Niby malować pazury każdy (każda) potrafi ALE nie każdej wychodzi tak, jak w salonie. Internet pełen jest paznokciowych blogów i przy odrobinie dobrych chęci i paru godzinach czasu wszystko można znaleźć. Wiem jednak jaką ilością czasu dysponuje przeciętna mama, dlatego kluczowe informacje na temat pazurów znajdziecie właśnie w tej notce :-)

1) Po pierwsze: zdrowie to podstawa, a podstawę stanowi dobra BAZA
Po intensywnych poszukiwaniach zdecydowałam się na Nail Tek Formula II Foundation. Nakłada się ją na paznokieć, który po paru sekundach robi się wygładzony i matowy - gotowy na przyjęcie lakieru. Przy dłuższym używaniu niesamowicie utwardza płytkę i zapobiega rozdwajaniu. Maluję paznokcie 2-3 razy w tygodniu i nie mam ŻADNYCH problemów ze zdrowiem płytki.

2) Po drugie: wolność - maluj, czym chcesz
Zastosowanie dobrej bazy (patrz wyżej) i dobrego "topa" (patrz niżej) pozwala na używanie dowolnego (dowolnie taniego) lakieru. Nawet ten za 2zł będzie się trzymał tydzień. Serio!

3) Po trzecie: szybki finisz
Kto ma czas czekać na wyschnięcie lakieru, niech pierwszy rzuci pieluchą ;-) Ja w każdym razie nie mam. Zdecydowałam się więc na ultra szybko schnący top: Seche Vite. To cudeńko wysusza paznokcie w 10 min. na kamień, a do tego utrzymuje się nawet tydzień. Trzeba jednak umiejętnie go używać. Seche Vite kładziemy na MOKRY lakier, nabierając sporą kroplę na pędzelek i rozprowadzając ją na płytce bez dotykania kolorowego lakieru pod spodem.

Koniec - manicure (lub bardziej trendy - MANI) zrobiony.

Jeżeli maluję tylko na gładko kolorem, to cała procedura (łącznie z schnięciem) nie przekracza 15minut. Czasem (ok często) mam jednak więcej fantazji i kuszę się na kilka kolorów, lub rysowanki. Najczęściej posiłkuję się tutorialami z YouTuba genialnej w swej prostocie Cutepolish, albo blogami, takimi jak Spooky Nails, który cenię szczególnie za kompleksowość informacji w dziedzinie MANI ;-)

Żeby dopełnić obrazu całości wspomnę jeszcze o dwóch genialnych produktach, które zakupiłam zainspirowana opiniami z sieci i nie żałuję: Sally Hansen Instant Cuticle Remover - płyn do usuwania skórek, który NA PRAWDĘ działa oraz Burt’s Bees - masło do skórek. Dzięki Ci, Kolorowy Kocie za recenzje obu produktów - ani odrobinę się nie zawiodłam :-)

Za uprzejmościę Whale's Nails
Pewnie nurtuje Was pytania, czy to na pewno tanio? I tak i nie. Oficjalne ceny w/w produktów są dość wysokie, aczkolwiek Allegro i eBay zdają się rządzić swoimi prawami i tym sposobem za żaden z produktów nie zapłaciłam więcej, niż 30zł. Oszczędzam za to na kolorowych lakierach które kupuję raczej z dolnej półki ;-)
Szczególnie polecam marki: Wibo (a w tym Rossmanowskie Lovely), Barbra i ich znakomita seria Colour Alike oraz w ramach szaleństwa China Glaze. Gdybym miała nieograniczone fundusze, kupiłabym WSZYSTKIE.

sobota, 23 lipca 2011

Gucio, mnie to obchodzi

Temat obuwia dziecięcego powraca niczym bumerang. Już człowiek myśli, ze znalazł optymalną opcję, a tu zonk i trzeba szukać od nowa. Ale od początku... Po pierwsze młody pomimo osiągnięcia magicznego wieku 14 miesięcy WCIĄŻ nie chodzi, przemieszcza się co prawda na dwóch nogach ale jak pątnik - na kolanach, co powoduje wycieranie każdych bucików z prędkością (co najmniej) drugą kosmiczną. Po drugie, przy próbach "normalnego" wstawania niemożebnie koślawi stopy przyprawiając o palpitację wrażliwe - fizjoterapeutyczne serce mamy.
Jak to często w życiu bywa, najfajniejsze rzeczy znajduje się przypadkiem. No więc przypadkiem trafiłam na gazetowe zdjęcie Gwyneth Paltrow, a raczej jej córeczki Apple ubranej w buty GUCIO  polskiej produkcji. Temat mnie zaciekawił, bo przecież czemu mam być gorsza od jakiejś Gwyneth, czy innej Angeliny ;-) 
Znalezienie sklepu z bucikami nie było trudne (pomógł wujek Google), tym bardziej, że tylko jedne maja taką nazwę. Dużo ciekawsza okazała się jednak jego zawartość oraz filozofia, z jaką Gucie są tworzone.
Podczas rozmowy telefonicznej z samym właścicielem, a zarazem twórcą bucików - panem Sławomirem Piwowarczykiem (ach te przypadki, akurat ON odebrał telefon) dowiedziałam się, że temat zdrowia i prawidłowego rozwoju małych stóp nie jest mu obcy, przez co jako mama poczułam zrozumienie i wsparcie w dylemacie, "czy aby te buty się nadadzą". Co mnie przekonało? Fakt, że pomimo wrażenia potężnie zabudowanych i sztywnych, w rzeczywistości Gucie pracują razem ze stopą dziecka, a jedynym sztywnym elementem jest zapiętek utrzymujący kość piętową dziecka w osi nogi. Dlaczego to takie ważne? W naszym wypadku, kiedy to dzieć usilnie dąży do koślawienia stóp (tak, jakby chciał stanąć na wewnętrznych ich krawędziach) zaczyna się pojawiać problem konieczności noszenia wkładek korygujących... Wkładka jednak jest sztucznym wymuszeniem prawidłowego ustawienia i tak naprawdę zwalnia stopę z konieczności jakiejkolwiek pracy, a do tego uciśnięte mięśnie (już osłabione) mają jeszcze gorsze możliwości rozwoju z powodu zmniejszonego ukrwienia. Błędne koło... No więc Gucie wydały mi się rozsądnym kompromisem pomiędzy koniecznością korygowania stopy, a ograniczaniem jej rozwoju.
A oto mój mały konsumencki test:

Buty Gucio w rozmiarze 21, model z małymi dziurkami w kolorze czekoladowym

estetyka
Ponoć nie to ładne, co ładne, ale co się komu podoba. Buciki są khm... ekscentryczne, w moim odczuciu są jak Volkswagen Garbus - tak brzydki, że aż uroczy ;-)))
Plus za dużą gamę kolorów do wyboru, sporo czasu zajęło mi wybranie tego jedynego.

dopasowanie
 Reklama nie kłamie. Gucie leżą idealnie na małej dziecięcej stopie. Młody ani razu nie protestował przy zakładaniu i ani razu nie wykazał oznak zirytowania faktem posiadania Guciów na nogach.

funkcjonalność
Miodzio! Pierwsze buty, których nie zajechał w tydzień. Szwy nad pacami skutecznie uniemożliwiają przetarcie przy raczkowaniu. Pomimo codziennego intensywnego noszenia butom w zasadzie nic się nie dzieje (lekkie świecenie skóry w miejscu tarcia o podłoże).
Zapiętek działa!!! Problem koślawienia znika, gdy buty są na nogach. Alleluja, śpię spokojniej. 
Z przyjemnością również stwierdzam, że nie istnieje problem pocenia. Gucie są przewiewne i po ich zdjęciu skarpety nie są nawet wilgotne.

wygoda użycia
 Po kilku założeniach skórka staje się bardzo miękka, więc zakładanie i zdejmowanie nie stanowi żadnego problemu.

cena
147zł plus 17zł koszty wysyłki to dość sporo ALE oddalająca się wizja wkładek i cotygodniowych poszukiwań przetartych "tańszych odpowiedników" - bezcenne.

dodatki
Jakże miłym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że wraz zamówieniem prócz butów przyszły także dodatkowe sznurówki, zestaw próbek kolorów skóry na przyszłość, a same buty zapakowane były w pudełko z nadrukowaną skalą do mierzenia stópek. Małe rzeczy, a cieszą :-)

minusy
Na potrzeby mojego syna powinnam zamówić sznurówki z kewlaru, żeby się nie przecierały ;-) Mam nadzieję, że dwie pary wystarczą na okres użytkowania.

podsumowanie
 Z perspektywy miesiąca uważam, że był to bardzo dobry zakup i na pewno zdecyduję się na kolejną  parę.
 

sobota, 21 maja 2011

Koza w nozdrzach i inne wstydliwe sprawy

Tajemnicą Poliszynela jest fakt, że wszyscy czasem puszczamy bąki, czy wyciągamy gluty z nosa. Co jednak odróżnia dzieci od dorosłych - w zdecydowanej większości ci drudzy robią to dyskretnie ;-)
Do dziś wspominam sytuację, kiedy to weszłam z miesięcznym wtedy młodym do urzędu i w ciszy korytarzy jedynym dźwiękiem, który niósł się echem było przewlekłe pierdzenie dziecięcia... Cóż zrobić, na pewne rzeczy nie mamy wpływu, ale z wieloma można sobie poradzić. 
Oto moje sposoby na "obróbkę" młodego, co by nie dążył w kierunku turpizmu:
1) Tytułowe kozy w nosie (nie mówię o katarze, tylko o zwykłych śmieciach zalegających sapki młodego po całym dniu). Generalnie staram się nie używać aspiratora, czy patyczków - zostawiam to jako ciężką artylerię w wypadku kataru. W zamian w trakcie kąpieli, kiedy już buzia była myta - vide do nosa dostało się trochę wody, która odmoczyła najtwardszy towar, kładę małego na plecy i delikatnie ściskam nosek od góry ku dołowi (wyciskam gluciska). Po kilku powtórzeniach kozy bez problemu opuszczają "obórkę" :-D Uwaga, sposób ten nie działa u dorosłych - chyba mamy za twarde chrząstki.
2) Żałobne pazury. Tutaj sprawa jest trudniejsza, bo szorowanie szczotką raczej nie wchodzi w grę, więc jedynym sposobem jest częste cięcie, co by bród nie miał się gdzie zbierać. Kiedyś nie było z tym problemu. Obcinałam i już, ale nie teraz. Teraz on wszystko widzi i każdy ruch musi być zaakceptowany. Obcinaczka najczęściej zostaje mi wyrwana w celu dokładnego wyssania... Tak więc jako znakomity strateg (jakim jest każda matka) atakuję w chwili, kiedy jest najmniej czujny - tuz przed snem. Jesteśmy już po jedzeniu i po kąpieli, piżamka założona, zaraz będzie buziak na dobranoc... a tu niespodzianka BAJKI. W tym stanie umysłu młody nawet nie wie, że ma ręce, a co dopiero mówić o rejestracji obcinania paznokci.
3) Plamy od śliny na koszulce. Oczywiście dzieć może biegać zawsze i wszędzie w śliniaku, ale czyż nie ładniej (i taniej) jest kupić kilka bandanek w różnych kolorach, przeciąć każdą na pół (na dwa trójkąty) i wiązać pod szyją?
4) Syf za uszami. Co prawda, ten problem nas nie dotyczy, ale wiem, że tak bywa. Mam tylko jedno lekarstwo: kąpać dziecko w całości - zanurzamy główkę (uszom nic nie będzie)!!!
5) Plamy po kupie na pieluszkach wielorazowych i innych ubraniach. Sposób jest genialnie prosty, niestety użyteczny tylko latem: uprać normalnie i powiesić do wyschnięcia w pełnym słońcu - plamy znikają (powaga!).

6) Chce raczkować po podwórku. Ten temat jest mi szczególnie bliski. Jak było chłodno, nie było problemu, grube spodnie i do przodu, ale jak ubrać niemowlę w grube spodnie przy 30 stopniach...? Mój osobisty patent to "geterki-hokejówki". Na chińskie geterki (przy dobrych wiatrach 5zł z przesyłką) naszywamy, łapiąc w 4 punktach kawałki grubego materiału (u nas był to kaptur od zimowej kurtki). Koniec. Proste i praktyczne.
7) Nie schodzi mu napletek. Tutaj posiłkuję się mądrością innych.
8) Kołtuny na włosach. Loczki są urocze, ale po nocy wyglądają bardziej, jak szczotka, niż afro. Pomaga czesanie na mokro 2 razy dziennie. Szampon przeciw plątaniu być może coś daje, ale w ostatecznym rozrachunku wygrało u nas zwykłe mydło plus czesanie szczotka mamy. Dziecięce grzebyki nadają się khm... do zabawy ;-)
---
Zachęcam do podzielenia się własnymi sposobami na dziecięce problemy, może i ja też skorzystam! :-)