niedziela, 6 lutego 2011

Fizjo-gadki, zdrowy dzieć to podstawa

Z okazji pierwszych urodzin naszego Gnoma zadzwoniła babcia i zatroskanym głosem orzekła: "wiesz, on zaraz zacznie chodzić - musisz mu kupić byty ze specjalną wkładką, stopę trzeba odpowiednio kształtować", z kolei druga babcia wciąż nie może zrozumieć, dlaczego my - wyrodni rodzice nie kupiliśmy młodemu chodzika, bo przecież to taki fajny wynalazek - wszystkie dzieci powinny być w chodzikach, bo łatwiej im się poruszać...
Cóż, co 10 lat zmienia się podejście do wychowania oraz definicja zdrowia, więc być może to, co dziś jest uważane za dobre, jutro zostanie okrzyknięte zupełnym bezsensem ale COŚ z dzieckiem robić trzeba. JAKIEŚ buty musi mieć.
Osobiście postrzegam to tak: nauka chodzenia dla niemowlaka jest tym, czym dla nas byłoby stąpanie po linie na wysokości pierwszego pietra. Dziecko robi to pierwszy raz w życiu! Pewnie zadziwione jest faktem, że te dwa dziwne przedmioty na dole to jego nogi i że te nogi mogą do czegoś służyć. ;-)
Konia z rzędem temu, kto chciałby chodzić po linie w butach narciarskich (jak ktoś jednak chce spróbować to na priva chętnie puszczę kontakt do siebie - kolejny pacjent zawsze w cenie ;-)
Jednak zgodnie z teorią o dobroczynności sztywnych wkładek/zapiętków itp. powinniśmy lepiej czuć się w sztywnych butach. Powinno nam być wygodniej. W końcu to przecież zdrowe.
 Tiaaa... Na szczęście każdy jest kowalem (w tym wypadku) swojego dziecka i można postępować inaczej. Buty? Zbędny wynalazek - po domu na bosaka albo w skarpetkach z ABSami. Nota bene to dobra rada dla nas wszystkich. Chcesz być zdrowszy - chodź na bosaka!
Czasem jednak trzeba wyjść na zewnątrz, powiecie. Tutaj zaczynają się schody, gdyż 90% rynku obuwniczego to usztywniane "koszmarki" za grubą kasę :-/
Od czego jednak mamina samopomoc? Oto kilka dziecięcych bucików odpowiadających potrzebom małej stópki (czyli udających, że ich nie ma):
  • zwykłe chińskie tenisówki za parę zł z bazaru, miękkie, tanie i dobre (wada: w zimie bezużyteczne,)
  • buciki z Deichmanna - już za 50zł da się kupić coś sensownego na wiosnę - jesień
  • Stonzy - mercedes wśród bucików, drogie ale uniwersalne (wada: latem się nie sprawdzą, drogie).
 A co jak młode jeszcze nie chodzi? Może włożyć w chodzik, to zacznie? Jasne! A jak nie  umie pływać to włóżmy je w kółko, na pewno się nauczy - w końcu i to woda, i to woda. Albo lepiej - jak nie umie siusiać do nocnika to wsadźmy je do sedesu - szybciej załapie, że tam się robi, bo nie będzie miało wyjścia (dosłownie) :-/
Z punktu widzenia fizjoterapeuty, skoro nie chodzi, to pewnie jeszcze nie jest na to gotowe. Może jakaś struktura jeszcze się nie wykształciła? Może stawy nie są na tyle ukształtowane, żeby unieść 10kg "szczęścia"? Może mięśnie nie są jeszcze wystarczająco silne? Nie wiem. Wiem, że moje dziecko preferuje chód "na czterech". Wiem również, że matka natura tak zaplanowała rozwój malucha, żeby wszystko "grało" aż do śmierci. Dlaczego więc ja jako rodzic miałabym zmieniać ten proces? Po co przymuszać młode do przyjmowania pozycji, których jeszcze przyjmować samo nie chce? W tym momencie już słyszę głosy mam: "ale ona uwielbia być stawiana!", "on lubi swój chodzik, jest w nim taki szczęśliwy!", "przecież jakby mu było źle - to by płakał!". Bla, bla, bla... Lubi, bo jej pokazałaś, cieszy się, bo chodzik zrobił za niego robotę, a on już nie musi się męczyć, nie płacze, bo nie ma powodu - góra przyszła do Mahometa, a nie na odwrót. Prawidłowy rozwój związany jest z wysiłkiem fizycznym. Dziecko tysiąc razy upada po to, żeby później stabilnie stanąć. Czy wiecie, że okres raczkowania to jedyny moment w życiu, gdy spędzamy kilkaset godzin w podporze na rękach? Taki trening nie powtórzy się już NIGDY! Dlaczego więc zabierać to dziecku, pakując je w chodzik? Ja nie zamierzam. Amen.
W ogóle fizjoterapeutyczne dziecko ma przerąbane. Basen od 2. miesiąca życia (nawet z katarem), ćwiczenia dla wyrównania problemów rozwojowych (nawet tych wyimaginowanych), ograniczona liczba zabawek, 4-godzinne spacery etc... etc...
Myślę jednak, że ogólnie młody nie może narzekać. Okazuje się, że ciepłe i opiekuńcze zachowanie jest zachowaniem dobroczynnym. Weźmy takie chusty. Zacny trend :-) Dziecko w prawidłowej pozycji, bezpieczne i bujane. Czuje ciepło mamy, jej zapach, słyszy jej oddech, bicie serca. Dlaczego to takie ważne? Dlatego, że w każdej minucie życia kształtuje się mózg naszego maluszka, rozrastają się komórki nerwowe, powstają nowe połączenia. Ten proces ma nawet swoją nazwę - to PLASTYCZNOŚĆ. Przez to, jak traktujemy malucha, mamy wpływ na to, jakie połączenia powstaną i jak komórki będą się rozrastać. Poważnie!!! Szczególnie kołysanie jest ważne, dzięki niemu odpowiednio kształtuje się układ przedsionkowy stanowiący bazę dla wszelkich dalszych struktur odpowiedzialnych za poruszanie się człowieka. Poprzez układ przedsionkowy tworzymy pierwszą - bazową więź: ja - Ziemia, czyli ja kontra grawitacja. Jeżeli dziecko nie odnajdzie się w przestrzeni, nie utworzy tej pierwszej, pierwotnej więzi, nie będzie w stanie nawiązać żadnych następnych: ja - moja ręka, moja noga - moja głowa, ja - rodzina, a w końcu ja - społeczeństwo. Sic! To jest aż tak ważne!!! Także drogie mamy i drodzy tatusiowie, noście dzieci! Kołyszcie je, przytulajcie i ściskajcie! Odwdzięczą się na starość (dzięki zbudowanej więzi może nie oddadzą nas do domu starców ;-)))
---
Porady cioci Asi ;-)
  • But nadaje się do noszenia przez dziecko, jeżeli da się go w rękach zwinąć w rulonik - jest miękki,
  • jeżeli MUSISZ (bo się udusisz) mieć chodzik, kup taki, który dziecko pcha, a nie siedzi w środku,
  • żeby dobrze wiązać dziecko w chuście warto skorzystać z instruktażu doradcy chustowego, 
  • jeżeli nie jesteś pewna, czy twoje dziecko rozwija się prawidłowo, skorzystaj z porady fizjoterapeuty dziecięcego (ja ufam terapeutom NDT Bobath.)

niedziela, 9 stycznia 2011

Kasza - jedzenie dla ubogich (?)

Dzieci jedzą kaszki. Oczywista oczywistość. Kaszki kukurydziane, ryżowe, manną... I tu zonk, bo w zasadzie na tych trzech kończy się oferta przeciętnego sklepu. Konia z rzędem temu, kto w zwykłym sklepie znajdzie chociażby kaszę owsianą, nie wspominając o orkiszowej, czy jaglanej. Dodatkowo "mainstreamowe" kaszki zazwyczaj wzbogacone są w mleko i obowiązkowo w cukier i aromaty. Co więc robi mama napalona na zdrową żywność, uważająca biały cukier za źródło całego zła na tym świecie? Oczywiście wchodzi na Allegro ;-)
Nie trzeba długo szukać, aby zapoznać się z produktami takich firm, jak Holle czy chociażby linia Babydream popularnego Rossmana ale [uwaga] w tym drugim produkty bez mleka i cukru wypuszczane są tylko na rynek niemiecki, więc my - Lachy musimy je kupować tak jak proszki, od pośredników. 
No więc skoro jednak DA SIĘ kupić kaszkę inną, niż trzy wymienione we wstępie, to czemu nie? 
Idąc tym tokiem myślenia podawałam młodemu tylko produkty z pełnego przemiału, bez cukru (ofkors) i różnorodne (orkisz, jaglana, owsiana, musli itp.). Tutaj mała dygresja, dlaczego tak kocham kaszę jaglaną? Jest to kasza nazywana czasami kaszą wojenną, jest najbogatsza w składniki odżywcze, dzięki niej wielu ludzi przetrwało wojnę - dlatego koniecznie chciałam, żeby młody jadł właśnie taką. [ dygresja od dygresji: Tak sobie jednak myślę, że podczas wojny musiała być tańsza...]
Pudełko "dobrej" kaszki kosztuje około 14zł (+ ewentualna wysyłka, jeśli musimy kupować przez net). Czego się jednak nie robi dla zdrowia dziecka... Może i się robi, ale prawa natury są nieugięte i spożycie z miesiąca na miesiąc rośnie  osiągając w pewnym momencie poziom krytyczny (nazwijmy go roboczo poziomem CD - jak Czarna Dziura, jaką z pewnością ma mój syn w żołądku), co zmusza rodzicieli do poszukiwania źródeł energii zastępczej dla sektora gospodarstwa domowego, jakim jest pan Mały Głód.
Jak zawsze niezastąpione są konsultacje z zaprzyjaźnionymi mamami. Wystarczy jeden telefon, aby dowiedzieć się że:
a) kasza manna jest tania i dobra,
b) można kupić manną orkiszową, będzie tanio, dobrze i zdrowo,
c) można kupić zwykłą kaszę jaglaną, zmielić w młynku i wyjdzie prawie manna jaglana !!! [uwaga, trzeba długo gotować i docelowo nie stworzy w mleku idealnej zawiesiny, jak ta po 13zyla],
d) z owsianą j.w.
e) jeśli dziecko je łyżeczką można zwykłą jaglaną ugotować z owocami i podać, wychodzi pyszne - wiem, bo podjadam.
A teraz mały kosztorys:
Kaszki Holle vs kasza manna orkiszowa
Holle: 14zł za opakowanie, a w nim 10 porcji po 25g --> jedna butla = 1,40pln
Manna orkiszowa: 7zł za 500g, a w nim 50 porcji (jest cięższa i daje się jej mniej) --> butla = 0,14gr
Czy jest nad czym rozmyślać? Jak dla mnie nie.
Tak więc od pamiętnej rozmowy na linii Gdańsk-Warszawa młody wcina "jedzenie dla ubogich" i wiecie co? Lepiej śpi! :-P
---
Dla tych, co boja się gotowania - przepis na kaszę manną "na lenia" (ok, ja tak robię)
1) kup kaszę manną błyskawiczną (jest nawet jedna bez gotowania, ale ja i tak trochę gotuję)
2) znajdź garnek wielkości głowy Twojego dziecka
3) napełnij go do połowy wodą i zagotuj tą wodę
4) jak się zagotuje, wsyp 3 miarki (takie od mleka, albo 3 czubate łyżeczki) kaszy
5) chwilę pogotuj (tyle, ile zajmie Ci pomyślenie o najprzystojniejszym mężczyźnie świata)
6) zostaw w spokoju do momentu karmienia
Jak chcesz nakarmić:
1) wymieszaj to, co zostawiłaś wcześniej na kuchni
2) podgrzej, jak trzeba (ja leję do butli 270ml, bo tyle zjada i podgrzewam w mikrofali)
3) dodaj stosowną ilość mleka, jakie je Twoje dziecię (u mnie 9 miarek)
4) wymieszaj, podaj, zapomnij.
Ja gotuję około 18.00 taką porcyjkę i starcza mi to na dwa podania: wieczorne i poranne.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

I ♥ China

Poważnie. Uwielbiam Chiny, a dokładniej zakupy w Chinach. Czy raz na miesiąc wsiadam w samolot i daję upust swoim potrzebom? Nic z tych rzeczy. Siadam sobie za to wygodnie przed monitorem i na spokojnie wędruję uliczkami chińskiego eBaya w poszukiwaniu egzotycznych (lub nie) produktów.
Wszystko zaczęło się od pieluszek wielorazowych, które w Polsce kosztują około 50zł za sztukę, a miły pan z Chin bez problemu wysyła mi takową pieluszkę za 15zł z przesyłką!
Potem poszło już z górki. Skoro są tam tanie pieluszki, to może znajdę i tanie rajstopki (koszulki/kurtkę/buty/etui na telefon - niepotrzebne skreślić).  No i znajduję :-)
Dla niedowiarków przedstawię kilka wyjątkowo kłujących w oczy przykładów:
Dla naszych maluchów panty:
Polska: 19,50zł z przesyłką - najtaniej na Allegro!
Dla małej elegantki zegarek Hello Kitty:
Polska: 16zł z przesyłką, a ten był najtańszy!
I na koniec mój faworyt! Najdziwniejsze buty świata - Fivefingers:
Dla podniesienia dramatyzmu chwili nie podam cen, po prostu otwórzcie linki i zwróćcie uwagę, na fakt, iz cena w polskim sklepie jest promocją!
Żeby było jasne, nie mam zamiaru ich kupić ale znam takich, którzy to zrobili. Pozwólcie, że nie wypowiem się na temat walorów estetycznych ;-)
Jako fizjoterapeuta mogę jedynie zadumać się nad faktem wydawania kupy kasy na coś, co można mieć za free po prostu chodząc boso...
Wszystko pięknie, powiecie, ale jak bez znajomości chińskich "robaczków" odnaleźć się na ich stronach? Jest i na to sposób (tak, podam go).
1) Otwieramy stronę eBay.pl
2) Szukamy po prawej stronie na górze linku wyszukiwanie zaawansowane
3) Podajemy przedmiot, który chcemy znaleźć po angielsku (przyda się elementarna znajomość tego języka, żeby nie kupić za 100zł nowego Mercedesa, a po miesiącu przekonać się, że kupiliśmy wycieraczki DO Mercedesa)
4) Zjeżdżamy prawie na sam dół strony do sekcji "Lokalizacja" i zaznaczamy opcję "pokaż tylko przedmioty znajdujące się w" i tu wybieramy Chiny lub Hongkong
5) Klikamy "wyszukaj"
6) Delektujemy się zakupami nad szklanką gorącej herbaty :-)
Oki, powiecie, tylko jak za to zapłacić? Da się i to całkiem łatwo.
Trzeba zalogować się na stronie PayPal.pl i podążać za ich instrukcjami (łatwe!!!). eBay automatycznie poprosi nas o połączenie ich konta z kontem PayPala i zasadniczo to wszystko...
Od lat robię zakupy za granicą. Osobiście uważam, że są bezpieczniejsze, niż w Polsce (eBay ma zdecydowanie lepszy program ochrony kupujących). Jedynym mankamentem jest działanie Poczty Polskiej. Co tu dużo mówić, giną przesyłki i tyle. Trzeba się z tym liczyć i nie zamawiać "na dzieńdobry" towarów za grubą mamonę. Małymi kroczkami do celu.
I tym optymistycznym akcentem kończę i życzę udanych zakupów!

wtorek, 2 listopada 2010

Mieć pewność, że dobrze czynię - o mądrej książce słów parę

Będąc w ciąży przeczytałam chyba wszystkie dostępne na rynku "podręczniki" wychowania dziecka. Zapoznałam się z anatomią niemowlaka, skokami rozwojowymi, opanowałam podstawowy zestaw chorób (objawy i leczenie), a nawet metody reanimacji małego dziecka - na wszelki wypadek. Oczywiście zapoznałam się również z wiodącymi trendami co do metod wychowawczych. Różnicowanie płaczu, nauka samodzielnego zasypiania, uspakajanie "na suszarkę" - zapewniam was, że przerobiłam w zasadzie wszystko. Jak to jednak bywa, życie zrewidowało tę wiedzę, a Mała Krzycząca Glizda, zowiąca się moim synem i tak robiła co chciała, nie dając się ująć w żadne naukowe ramy.
Skończyło się na tym, że po kolei złamane zostały wszelkie zasady, począwszy od samodzielnego zasypiania, skończywszy na noszeniu zawsze i wszędzie. No bo czy jest coś słodszego od maluszka zasypiającego w twoich objęciach? Najpierw nieco wierzga, przerzuca główkę na boki, trochę sapie, potem słodko mruczy, aż w końcu śpi jak ...niemowlę :-) Skoro mi to sprawia przyjemność, jemu również to dlaczego jest to tak niemile widziane? Mądre książki każą zostawiać malucha samego w łóżeczku - niech się uczy zasypiać SAM! Albo noszenie. "Nie noś go, bo się przyzwyczai!" "Roznosisz i bedzie problem!" No faktycznie problem, w końcu  na ulicy ciągle widuję matki noszące swoich 18-letnich synów, pewnie się przyzwyczaili. ;-)
Ogólnie jakoś tak mi to wszystko nie pasiło...
Odpowiedź przyszła dopiero niedawno i nie była zawarta w żadnym poradniku, czy innej naukowej dysertacji. Było to "W głębi kontinuum" Jean Liedloff. Autorka przez wiele miesięcy żyła wśród plemienia Indian o dziwnej nazwie. Obserwowała tam "pierwotne" relacje między matkami, a ich dziećmi, "dzikie" sposoby wychowawcze i ich efekty. Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to jest, że dzikie dzieci bez problemu uczestniczą w pracach plemienia, a naszym zachodnim trzeba wszystko nakazać? Albo taka myśl: jak to możliwe, że dziecko ma niestrawność po mleku własnej matki? Przecież gdyby tak miało być, nasz gatunek wymarłby tysiące lat temu! Czy widział ktoś szczeniaka z kolką? Albo małe kocię, które tak wkurza matkę - kocicę, że ta zostawia go i na piętnaście minut "daje sobie odetchnąć" od młodego? No ja nie widziałam. Znaczy się widziałam, ale nie w świecie zwierząt. Tylko u tzw. cywilizowanych ludzi macierzyństwo to trud, a matce zaleca się wkładanie stoperów do uszu, żeby nie słyszała RYKU swojego własnego dziecka (serio, taką poradę znalazłam w jednym z najpopularniejszych poradników dla matek!).
"W głębi kontinuum" mówi właśnie o tych rzeczach, o bliskości, zrozumieniu dziecka, o tej magicznej więzi łączącej matkę z dopiero co narodzonym małym człowiekiem. Dzięki tej książce zrozumiałam również, co się stało w szpitalu. Dlaczego poród był tak strasznie traumatyczny, dlaczego Młody wył jak potępieniec, a ja nic nie czułam... Wszystkie "dlaczego" stały się dla mnie jasne i czytelne - nie mogło być inaczej.
Dobrze, że choć na polu noszenia nie dałam ciała. Chusty są trendy i bawić się w kangura wręcz wypada.
Jedyne, czego żałuję, to że nie przeczytałam tej książki wcześniej, przed narodzinami dziecka. 
Powiem więcej, gdybym miała wybrać jedną rzecz, którą TRZEBA przeczytać w ciąży, byłoby to "W głębi kontinuum". Kurs pierwszej pomocy znajdziecie w necie ;-)

czwartek, 21 października 2010

Pieluszka niepoprawna politycznie

A więc stało się. Jedziemy w zasadzie tylko na wielorazówkach. Mozolna to była droga, bo zaczęło się latem od dwóch pożyczonych kieszonek* firmy Wonderos, z którymi szło jak po grudzie. Po pierwsze ładne to one nie były, po drugie, dwie sztuki na początek to zdecydowanie za mało, po trzecie 69zł za coś, co mi się nawet nie podoba uważałam za lekką przesadę. W tzw. międzyczasie próbowałam używać tradycyjnej tetry ale składanie jej w origami i przebieranie ciągle zasikanego dziecka również nie wchodziło w grę (pomijam fakt, iż syn mój, zwany Smalczykiem nie mieści swojej zadniej części ciała w standardowy rozmiar tetry...). Już miałam się poddać, kiedy koleżanka wypowiedziała brzemienne w skutki słowa: "wiesz, jest jeszcze chiński eBay...". No i zaczęło się...
    Chiński eBay pęka w szwach od wielorazowych pieluszek-kieszonek. Są one dostępne we wszelkich kolorach i z różnych materiałów. Sprzedawcy prześcigają się w promowaniu swoich produktów. A wiecie, co jest najlepsze? Taką "kieszonkę" można ustrzelić (pamiętacie ) już za 9zł z wysyłką!!! Nie ekscytujmy się jednak zanadto, gdyż średnia strzałów oscyluje raczej w okolicy 13-15zł, a bez łaski (czyli bez licytacji) kupujemy średnio po 18zł z przesyłką. Tanio, prawda? ;-)
     Pewnie teraz zastanawiasz się, jak jest z jakością takiej taniej chińszczyzny i czy jest ona zrobiona z materiałów bezpiecznych dla dziecka? Co wrażliwsi zadumają się nawet nad losem małych chińskich dzieci szyjących te cuda. W końcu powszechnie wiadomo, że jak coś jest z Chin to na pewno zostało zrobione przez małe bezbronne kruszynki zabrane siłą z ich rodzinnych domów... Podążając tym tokiem myślenia, w Chinach musiały by mieszkać tylko małe bezbronne dzieci, bo przecież ktoś musi wytwarzać te wszystkie dobra z napisem Made in China (konia z rzędem temu, kto znajdzie coś polskiego np. w sklepie z artykułami gospodarstwa domowego czy w innym supermarkecie - nawet czosnek maja tańszy i więcej...). Tak więc założyłam, że od chińszczyzny uciec się nie da, więc być może warto się z nią zaprzyjaźnić?
     Co do jakości pieluszek musiałam zasięgnąć porady eksperta (niestety [jeszcze] nie znam się na wszystkim ;-))) Padło na koleżankę obeznaną w rynku pieluch wielorazowych. Po dogłębnym obejrzeniu, sprawdzeniu składu surowcowego, wywinięciu na lewą, prawą i znów na lewą stronę orzekła, iż chińska kieszonka nie różni się niczym od tzw. firmówek. Jupiii! Dobrze zainwestowane 150zł :-)))
     Ekspert ekspertem, a mama mamą. Zaczęłam testy. Początkowo zakładałam je w sposób tradycyjny: w kieszonkę szedł wkład i całość lądowała na pupie Młodego, a po zmoczeniu do kosza, a raczej wiadra na brudy. Jak chcesz się bawić w pieluchy wielorazowe, będziesz potrzebować wiadra - strasznie śmierdzi to  to po użyciu, a do prania jakoś przeczekać trzeba. Sposób ten jest fajny ale generuje duże zużycie kieszonek, które jednak dość długo schną.
     Przy drugim podejściu używałam jednej kieszonki na dwa razy - najpierw z wkładem włożonym luzem, a później wkład szedł do kosza, a w kieszonce lądowała zwykła tetra zwinięta w prostokąt.
     Najlepsze rozwiązanie przyszło jednak na końcu. Odrzuciłam całkowicie oryginalne wkłady, zamiast których umieszczałam zwykłą tetrę złożoną w prostokąt, a na niej (dla wrażenia suchości) kawałek polaru**. Tak robię do dziś. Średnio zużywam 3-10 pieluszek tetrowych dziennie i 2-3 kieszonki. Ilość zużycia zależy od tego, ile razy uda mi się Młodego "odsikać" na sedesie. Rekord stanowiła jedna kieszonka i dwie tetry na dzień :-)
     Powiem tak, gdybym wcześniej wiedziała o istnieniu chińskich kieszonek, pieluchowałabym tak Małego od samego początku... Jestem zachwycona, można powiedzieć, że wsiąkłam w to (polowanie na staniki zamieniłam na polowanie na pieluszki). Za każdym razem, jak ubieram Młodego w lamparta, krówkę, czy innego tygrysa serce mi rośnie :-)
Niestety mojego entuzjazmu nie podziela reszta rodziny... Przecież pampersy to taki wspaniały wynalazek! No i to pranie co drugi dzień, rozwieszone pieluchy - jak za króla Ćwieczka. Nic to, że ładne, nic, że ekologiczne, nic, że dziecko szybciej uczy się korzystać z nocnika, nic to...
Na szczęście to rodzice mają moc decyzyjną w kwestiach dziecinnych i musieli się przyzwyczaić...
---
* kieszonka - rodzaj pieluszki wielorazowej wykonany w formie kieszonki, z zewnątrz nieprzemakalnej, a w środku mięciutkiej (z polaru lub mikrofibry), do kieszonki wkłada się wkładkę zazwyczaj dołączoną w zestawie
** najtańszy sposób na polarowe wkładki: zakup kocyka z Ikei za 5,79zł i pocięcie go na kawałki pożądanej wielkości

niedziela, 26 września 2010

BLW, AP, NHN - WTF?

Niedawno byłam w odwiedzinach u znajomych. Przy obiedzie, zafascynowana sprawnością, z jaką ich roczny synek pochłaniał jedzenie, zapytałam czy stosują BLW. Pan domu spojrzał na mnie i z przymrużeniem oka zapytał, dlaczego mówię do niego kodem maszynowym i czy na pewno nie obrażam ich pociechy. Tak to już jest. To co dla jednych jest naukową metodą wychowawczą, dla innych mogłoby w ogóle nie istnieć, bo stosowanie podejścia zdroworozsądkowego i podążanie za instynktem daje te same rezultaty. Przekonałam się o tym podczas odwiedzin u 70-letniej cioci, kiedy to dumna jak paw oczekiwałam oklasków po samodzielnej konsumpcji kanapki przez mojego syna - niemowlaka. Nie doczekałam się. No bo przecież to normalne, ze dzieci jedzą same. Normalnym jest również to, że dzieci jedzą to samo, co dorośli. Czym tu się ekscytować?
Pan Bród
No tak... Przecież 50 lat temu nie było słoiczków, plastikowych łyżeczek, mikserów i wielu innych "dziecinnych" rzeczy. BLW wychodziło samo z siebie. Nie mogło być inaczej, bo mama musiała iść do pracy (wiecie - to słynne równouprawnienie), dziecko do żłobka i cześć.
Do czego zmierzam. Jak zawsze do oszczędności ;-) Zaczęłam stosować BLW, bo wydawało mi się trendy i dawało perspektywę oszczędzenia na słoiczkach oraz nie gotowania osobnych zupek dla Młodego. Mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że cele te zostały osiągnięte. Słoiczki mam (3 sztuki). Stoją w szafce na wypadek nagłego wyjścia, katastrofy, czy innego deszczu elektronów. W lodówce mam również pomrożone kilka słoiczków potrawki z królika własnej roboty - również na wypadek obiadu niejadalnego dla niemowlaka. Jednak w większości  przypadków z dorosłego obiadu udaje się wybrać coś dla Malucha i wszyscy są szczęśliwi. Tyle plusów. Wszyscy piszą o plusach BLW to może ja napiszę o tej drugiej stronie, na którą również trzeba się przygotować. Po pierwsze: bałagan, bałagan, bałagan. Kluchy latające po podłodze, wgniecione w dywan brokuły, zamazane burakami łóżko. Jeżeli myślisz, że bałagan jest tylko dookoła jedzącego dzidziusia, jesteś w duuużym błędzie. Po jedzeniu Małą Bestię trzeba wyjąć z fotelika, otrzepać (tyle, ile się da), umyć i przygotować na to, że resztki żarcia będą się z niej odklejały godzinami. Ostatnie wyjmiesz z pieluchy przy wieczornej kąpieli - nic to, ze pielucha była zmieniana w między czasie ze trzy razy - one i tak tam będą ;-)))
Po drugie: pranie. Niniejszym ogłaszam, iż banana sprać się NIE DA. Marchewka przy nim to mały pikuś. Plamy są wszędzie, pomimo założenia fartucha i dwóch śliniaków. Gotowanie też nic nie daje.
Po trzecie: czynnik psychologiczno-społeczny, czyli jak się nie dać babci. W naszym domu problemu tego nie było ale wiem, że babcie potrafią bardzo różnie reagować na podawanie stałych produktów małym dzieciom. Od wytrwałości i spokoju ducha mamy zależy, czy podda się i poda jedynie słuszną papkę z marchewki, czy zrobi po swojemu ;-)
Tygrys, co ci wygryzł ;-)
W przyrodzie tak jest, że wszystko co weszło, musi też wyjść. O naszych podejściach do Naturalnej Higieny Niemowląt (lub in inglisz EC: Elimination Communication) już pisałam. Oczywiście cały czas kontynuujemy wysadzanie na dorosłą toaletę. Bez stresu, parcia i ambicji. Dziecku tu rządzi. Efekt jest taki, że Młody w momencie wysadzenia rozluźnia się i jak ma potrzebę wysiusiania się, to robi to. Jest to bardzo użyteczna umiejętność, gdyż można go wysadzić przed spacerem i po powrocie, co owocuje suchą pieluszką przez pół dnia! Powiem więcej. Zużycie pieluch spadło tak drastycznie, że bez wielkich nakładów finansowych mogłam przerzucić się na wielorazówki. Teraz jest pięknie. Krótkie pranie co dwa dni. Dzidziuś w kolorowych ekologicznych pieluszkach, a rodzice maję ponad stówę miesięcznie więcej w portfelu :-)
No i znów do beczki miodu, łyżka dziegciu. Jak wysadzasz dzieciaka to nie ma zmiłuj. Jak mu się zachce o 5 rano, będzie stękał, patrzył się w oczy, pierdział i śpiąca, czy nie - tup, tup, tup do łazienki z Małym Gnomem. Trzeba pamiętać również, że ośmiomiesięczny dzidziuś nie siedzi już tak spokojnie, jak było to 3 miesiące temu. Ciągnie za włosy (twoje!!!), klepie po kiblu, a zaraz potem próbuje zjeść własne ręce :-P, wygina się, piszczy, łapie za papier toaletowy, zrzuca go i wiele innych. Nie lada problemem jest również utrzymanie nad umywalką wiercącej się 10-kilogramowej Glizdy w jednej ręce, a mycie tyłka drugą...
Co mnie jednak martwi bardziej, dziecko kibelkowe nie chce korzystać z nocnika i nakładki na sedes. Po co? Przecież u mamy jest miękko i ciepło, a nakładka kłuje w pupę i jest lodowata... Więcej, on nawet nie wie, po co na niej siedzi. Jak już ten problem się w jakiś sposób rozwiąże, nie omieszkam o tym napisać.
Kochać to stwarzać komfort życia ;-)
Tak to sobie żyje młoda mama wraz ze swoim dzieckiem, można powiedzieć w symbiozie. Jemy, wydalamy, ściskamy się, bawimy, chodzimy na spacery. Normalka, można powiedzieć. Być może normalka, ale i to ma swoją mądrą nazwę - Attachment Parenting, czyli Rodzicielstwo Bliskości. Pokrótce sprowadza się to do tego, że nie zostawiamy dziecka samego sobie, jesteśmy z dzieckiem, a nie posiadamy dziecko. Proste i logiczne.
Jak widać, wszystko w życiu musi mieć swoją nazwę (najlepiej obcojęzyczną). Co pozostaje nam - prostym rodzicom? Chyba tylko kochać i rozpieszczać, bez względu na konsekwencje ;-)
---
Porady BLW:
* Żeby zaoszczędzić na fartuszkach do jedzenia, przetnij za małą bluzkę z długim rękawem z tyłu (jak fartuch w Wariatkowie) i zakładaj pod śliniak.
* Uważaj na zdradliwą trójcę.
Porady NHN:
* Jak wysadzasz chłopca, kontroluj położenie siusiaka - rozbryzg potrafi być zadziwiający.
* Przy "grubszej sprawie" daj dziecku szansę. Zazwyczaj wszystko nie wychodzi na raz ;-)
Porady AP:
* Kochaj, kochaj, kochaj ;-)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Piękna mama wszystko sama

W życiu każdej (nawet najbardziej zaangażowanej) mamy przychodzi taki moment, że GDZIEŚ trzeba wyjść. Imieniny cioci, zlot absolwentów, czy chociażby wesele. Chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć z iloma wydatkami wiąże się taka impreza. Sukienka, buty, fryzjer, pani od paznokci no i oczywiście prezent. Przez głowę przetacza się batalia nie kupionych, a pożądanych grzechotek, misiów, puszek mleka i innych gadżetów niezbędnych w wychowaniu Małego Gnoma, a co za tym idzie kombinacja, jak zrównoważyć jedne i drugie wydatki.
Własnymi ręcami!
Jak mawiał pan na naukach przedmałżeńskich, najpierw "trzeba odróżnić rzeczy ważne od rzeczy pilnych". Ważny jest prezent, a pilne jest mleko - na te dwie rzeczy musi być. Grzechotki ani ważne, ani pilne - mogą poczekać. Fryzura i pazury pilne ale nie do końca ważne (no może nie najważniejsze) i definitywnie możliwe do zrobienia za free :-P
Oczywiście nikt się nie rodzi fryzjerem, czy manicurzystką ale wedle zasady "wszystko proste, co umiemy" można się podstawowych rzeczy nauczyć. Skąd? Z uniwersalnego uniwersytetu nie-naukowego  - z YouTuba ;-)))) Można znaleźć setki (dosłownie!) tutoriali (czyli instrukcji rok po kroku), jak upiąć włosy od klasycznego banana po wymyślne koki z francuskimi loczkami. To samo w kwestii paznokci. Długie, krótkie - nie ma znaczenia, YouTube prawdę ci powie na każdy temat.
Gicami też własnymi ;-)
Czasami przeglądam sposoby malowania paznokci ot tak, dla sportu. Potem mam już łatwiej, jak chcę zadać szyku przy jakiejś okazji.
Tym razem skorzystałam z porad dwóch pań. W kwestii fryzury doradzała Pursebuzz, a paznokci Love4Nails. Zdecydowałam się na proste uczesanie w stylu pani Simpson. Zgodnie z obietnicą czesanie nie zabrało dużo czasu. Może nie było to 5 min, ale na pewno nie więcej, niż 15.
Paznokcie robiłam na dwa razy. Podkład w czasie poobiedniej drzemki Młodego, a wzorki wieczorem, jak usnął na noc. Zapewniam wszystkie mamy, że DA SIĘ i w dodatku nie taki diabeł straszny ;-)
Miny koleżanek na weselu - bezcenne.
---
Co użyłam, aby było dobrze (i tanio):
  • Odżywka i utwardzacz z Rossmana firmy Lovely, po piątaku, a trzyma się kilka dni (nawet do 5!) ale UWAGA, nie można w tym czasie mieć kontaktu ze spirytusem, bo matowieje (czyli nie przecieramy nic watką ze spirytem).
  • Lakiery Ados po 3 zeta do robienia kolorowych wzorków. Świetne.
  • Zamiast kupowania setki lakierów z cienkim pędzelkiem używanie wykałaczki do robienia małych kropeczek.
  • Tutorial fryzurowy
  • Tutorial paznokciowy 
A oto efekt końcowy:

POLECAM!