niedziela, 27 stycznia 2013

Pielęgnacja dziecka - wersja minimum czyli jak ogarnąć atopową skórę młodzieży


Problemy skórne wnieśliśmy do puli genetycznej naszego syna niejako za obopólną zgodą. Ja sprzedałam mu wrażliwość i tendencję do egzem, tatuś atopowe zapalenie skóry.  Na początku nie było nawet bardzo źle. Po narodzinach wystarczało smarowanie dłoni i stóp czymś tłustym, jak masło shea, czy olejek ze słodkich migdałów*. Niestety gładka skórka noworodka wkrótce obsypała się krosteczkami i skończyło się rumakowanie – coś trzeba było wymyślić. Próbowaliśmy kilku rzeczy, o których nawet nie chce mi się pisać, bo nie przyniosły żadnej korzyści, dlatego napiszę jedynie o tym, co u nas odniosło skutek:

  1. Kąpiele w krochmalu. Serio serio. Krostki zaczęły znikać już po pierwszej kąpieli! Plusem takiej procedury jest jej taniość, minusem potrzeba codziennego gotowania „kisielku”. W naszym wypadku z pomocą przyszła prababcia, która zobowiązała się do codziennego przygotowania krochmalu. Na wanienkę wody wlewałam około pół szklanki średnio gęstego stuffu ;)
    Gotowanie krochmalu dla opornych:
    • wlej pół szklanki wody do małego garczka – zagotuj
    • w ¼ szklanki zimnej wody rozmieszaj łyżeczkę mąki ziemniaczanej (w każdym spożywczym za grosze)
    • wlej zimną mieszankę do gotującej wody, zamieszaj, chwilę pogotuj
    • to, co wyszło wlej czem prędzej do wanienki i rozmieszaj (jak glut będzie za gęsty – np. jak postoi godzinkę, to nie uda się go rozpuścić w kąpieli
  2. Naturalne oleje: oliwa z oliwek i olej ze słodkich migdałów. To moje dwa ulubione smarowidła dla młodego. Jak stosować? Na mokrą skórę tuż po kąpieli - wycieranie na końcu. Oliwę z oliwek pozyskuję z kuchni, olej ze słodkich migdałów kupuję w sklepach typu Mazidła, czy Naturalne Piękno lub w wersji „taniocha” w postaci oliwki Baby Dream lub Hipp (nie jest to czysty olejek migdałowy, ale u nas się sprawdza).  
  3.  Mix powyższych metod w wersji „wszystko na odwrót” – dla turbo leniwych. Tak, ta kombinacja to mój wynalazek J Do kąpieli zamiast krochmalu dolewałam mały kieliszek oliwy z oliwek, a po wytarciu młodego zasypywałam w całości mąką ziemniaczaną. Tą wersję praktykowaliśmy kilka miesięcy, żeby zapobiec nawrotom krostek.
Tymi sposobami panowaliśmy nad skórą dziecka przez pierwsze półtora roku. W drugim roku życia niestety problemy wznowiły się. Sucha wysypka (wg lekarza AZS) obsypała całe nogi i ramiona młodego, w dodatku zrobiła się swędząco-boląca, więc trzeba było SZYBKO coś wymyślić. Nadal czułam niechęć do aptecznych kosmetyków, aczkolwiek zostaliśmy wybrani do testów balsamu Eucerin Omega , więc na ten czas odłożyłam na bok swoje przekonania tylko po to, żeby nabrać pewności, iż wydawanie grubych pieniędzy na tego typu produkty z całą pewnością jest bez sensu. Co  w zamian?
W zamian sporządziłam kosmetyki własnej roboty o prostym składzie zainspirowane doświadczeniami Czarownicującej i Czarszki.

Czarownicująca o myciu alergika: klik  i klik
Czarszka i balsam w kostce: klik
 
Jak to działa u nas?
Do kąpieli dodaję młodemu garść płatków owsianych zawiniętych w kawałek pieluszki. W czasie kąpieli używam tego zawiniątka zamiast gąbki – nie dodaję już żadnych dodatkowych myjadeł. Jedynie podczas mycia głowy posiłkuję się odrobiną szamponu bez SLS. Uwaga, młody nie kąpie się codziennie. Mam wrażenie, że rezygnacja z częstego moczenia wychodzi mu na dobre, choć to pewnie kwestia indywidualna.

Po kąpieli, ale przed wycieraniem smaruję go oliwką j.w. Po wysuszeniu poprawiam nogi i ramiona balsamem w kostce i tyle. Tą kostkę stosujemy zresztą również na twarz i usta, a także u dorosłych na kolana i łokcie. Jak dla mnie to super produkt.


Generalnie jak myślę o pielęgnacji tak młodej skóry, staram się skupić raczej na tym, czego unikać, a nie czym smarować. Znów sprawdza się zasada „im mniej, tym lepiej” i „czytaj składy”. Zwłaszcza czytanie składów jest szalenie ważne w przypadku problematycznej skóry.
A wy jak sobie radzicie z problemami skórnymi swoich pociech?

*Z założenia jestem przeciwnikiem stosowania kremów, czy jakichkolwiek innych gotowych preparatów od pierwszych dni życia dziecka. Uważam, ze jeżeli jest taka możliwość, nie należy używać nic. Niestety moje przekonania sobie, a życie sobie ;)

sobota, 8 września 2012

Zachować twarz (najlepiej do później starości)

Skoro już napisałam o swoich włosowych perypetiach to - a niech tam - napiszę też o pielęgnacji twarzy, którą w ostatnich latach mocno dopracowałam dzięki czemu problemy z wypryskami, przetłuszczaniem, czy łuszczeniem się odeszły w siną dal =)
Jak to zazwyczaj u mnie bywa, większość informacji znalazłam w sieci, przebijając się przez dziesiątki postów na różnych blogach i jeszcze większą ilość Wizażowych wątków...

Początki...

Wszystko zaczęło się od przejścia na kosmetyki samorobione, jak pisałam kilka lat temu (matko, mój blog ma kilka lat!) --> klik.
Wypróbowałam wiele gotowych zestawów do robienia kremu i żaden nie zadowolił mnie w 100%, przełomem okazało się kupno Bazy 1-1-3 klik ze strony Zrób Sobie Krem.
Przy użyciu bazy można stworzyć krem o dowolnych właściwościach bez podgrzewania, długotrwałego mieszania, a co najważniejsze bez ryzyka, ze coś nie wyjdzie.
Czym się kieruję przy doborze składników? Staram się bazować na mądrości Azjatów O.o
Tutaj znajdziecie ogólne zasady pielęgnacji w azjatyckim stylu. Oczywiście nie stać mnie na oryginalne kosmetyki, ale dlaczego nie zainspirować się ich składem i nie stworzyć czegoś swojego?
Najprościej samodzielnie ukręcić serum pod krem (gdy czujesz, że samodzielne kremy to nie twoja bajka). I tutaj UWAGA, UWAGA! Jeżeli jesteś mamą to najprostsze serum masz zapewne w szafce z lekami! Mowa o kropelkach z 10% witaminą C: Juvit lub Cevikap. Oba preparaty można stosować bezpośrednio na cerę. Juvit jest nieco cięższy, więc nadaje się na noc lub na zimę, Cevikap lżejszy może być i na dzień. Witamina C to naturalny przeciwutleniacz oraz filtr przeciwsłoneczny - czegóż chcieć więcej za 10zł? Jeżeli ten temat wydaje się interesujący, poczytaj więcej tutaj: klik.

Mamy krem na twarzy i co dalej?

Drzewiej gustowałam w klasycznych podkładach. Kupowałam te tanie, jak i te drogie. Jasne i ciemne. Matujące i rozświetlające. Dziwiłam się czemu po każdym z nich przybywa suchych skórek, przybywa pryszczy, czemu gromadzą się w załamaniach skóry...
A potem spróbowałam koreańskiego kremu BB i świat stał się piękny (i żyłam długo i szczęśliwie z księciem u boku   ...zapędziłam się ;)
źródło: http://www.squidoo.com/b-b-cream
Co to jest krem BB? Basia z blogu Azjatycki Cukier wyjaśnia to lepiej ode mnie: klik.
Osobiście zdecydowałam się na zakup próbek kilku kremów firmy Skin79 (jedna z najpopularniejszych marek) poprzez eBay klik, po czym uznałam, że jestem fanem najpopularniejszego - różowego i ten zakupiłam również przez eBay w pełnym wymiarze za około 60zł. Muszę Wam powiedzieć, że wydajność tych kremów jest niesamowita. Miałam 3 próbki po 5g każda i przez 3 miesiące codziennego stosowania nie udało mi się jeszcze wszystkich wykorzystać (co zresztą jest nieco wkurzające, bo cały różowy czeka -.- )
Jeśli martwicie się ryzykiem zakupu podróbki, tutaj i tutaj krótki instruktaż, jak rozpoznać oryginał.
Krem BB stanowi dla mnie podstawę pielęgnacji latem (ma filtr SPF 25 i PA++), kiedy jednak potrzebuję czegoś więcej, sięgam po:

Kosmetyki mineralne

Pokrótce, kosmetyki mineralne to takie same kosmetyki, jak każde inne, ale ...mineralne ;-) No dobra, to zupełnie inne kosmetyki. Przede wszystkim mają one postać proszku. Popularnie są nawet nazywane proszkami. Podkład, korektor, cienie itp. - wszystko proszki.
Dlaczego są tak genialne? Przede wszystkim nie zawierają tysiąca składników chemicznych, jak klasyczna kolorówka.

Na ten przykład skład mojego podkładu (Everyday Minerals) to:
mica (CI 77019), titanium dioxide (CI 77891), zinc oxide (CI 77947), iron oxides (CI 77489, CI 77491, CI 77492, CI 77499). May contain: ultramarines (CI 77007)
Czyli 4 [cztery!!!] składniki
źródło: smbtraining.com/blog/less-is-more-usually

Dla porównania skład mojego ostatniego klasycznego podkładu (Max Factor):
Aqua, Cyclomethicone, Titanium Dioxide, Propylene Glycol, Dimethicone, Talc, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Dimethicone Copolyol, Sodium Chloride, PVP, Laureth-7, Arachidyl Behenate, Sodium Dehydroacetate, Trihydroxystearin, Propylparaben, Methicone, Methylparaben, Synthetic Wax, Silica, Cetyl Dmethicone Copolyol, Polyglyceryl-4 Isostearate, Hexyl Laurate, Ethylene/Methacrylate Copolymer, Ethylene Brassylate, Sodium Acetate, Aluminum Hydroxide, Stearic Acid, Isopropyl Titanium Triisostearate. [+/- CI 77491, CI 77492, CI 77499]
30 składników!!!! Na pierwszych dwóch miejscach woda i silikon. Szkoda gadać...

Temat kosmetyków mineralnych jest baaardzo obszerny i chyba każdy musi przez to przebrnąć na własną rękę. Niestety...
Ja zdecydowałam się na jedną z popularniejszych marek - Everyday Minerals. Zamówiłam kilkanaście próbek różnych kolorów, wypróbowałam każdy z nich i wybrałam najbardziej zbliżony do koloru mojej skóry, taki zamówiłam w pełnym wymiarze.
Na szczęście nie mam problemu opalenizny (postanowiłam się nie opalać w ogóle - już nigdy), więc podkład jest całoroczny.
Pędzle do makijażu (konieczność przy mineralkach) kupiłam na eBayu - prosto z Chin. Wyszło tanio i dobrze.


A na wieczór ...oczyszczanie


Wiadomo, że myć się trzeba, ale jak to zrobić, żeby dokładnie wymyć cały makijaż i nie podrażnić delikatnej skóry, a także nie zniszczyć naturalnego płaszcza lipidowego?
Teraz wiem, że jednym z moich kosmetycznych grzechów był niedostateczny demakijaż, choć starałam się to robić najdokładniej jak umiałam. Nie ma co wspominać przeszłości. Oto jak [znów] dzięki Basi zapoznałam się z wieloetapowym oczyszczaniem twarzy: klik
Jak to wygląda w praktyce:
1) mycie oliwką własnej roboty
2) szybki piling (bez mocnego masowania - robię go codziennie)
3) coś do mycia bez SLS - obecnie TEN, następny w kolejce stoi stary dobry Facelle ^^

Swoją drogą, żebyście widziały miny ekspedientek, gdy latałam po galerii i we wszystkich kosmetycznych sklepach pytałam o żel do mycia bez SLS... Hi, hi!


No i notka zatoczyła koło, bo po oczyszczeniu kładę serum, potem krem, rano mycie tylko oliwką, serum, krem, krem BB, puder ...i tak w kółko.
Cera zadbana, nawilżona, zmarszczki spłycone, suchych skórek niet.
Tego samego życzę Wam!


Garść konkretów:

Mój przepis na oliwkę do mycia:
80g oliwy z oliwek (może być słonecznik lub nawet Baby Dream)
10g oleju rycynowego (zwykły z apteki - mozna go też pominąć i wlać więcej oliwy)
10-15g PEG7 Gliceryl Cocoate (do kupienia na Mazidłach)
można dodać kilka kropli ulubionego olejku zapachowego - ja stawiam na grapefruit

Jak szybko zwiększyć szansę na bezpryszczową twarz?
Czytać składy! Nawet super turbo wypasione kremy potrafią mieć w składzie parafinę, która np. w moim wypadku bardzo zapycha pory powodując paskudne pryszcze.
Tutaj lista innych zapychaczy - może któryś nagminnie używasz i sama ściągasz na siebie deszcz "meteorytów"? ;)

Czy Twój Książę* też może korzystać z tego typu pielęgnacji?
Tak, jak najbardziej. Mój Księciunio* myje twarz wieloetapowo i używa kremu mojej roboty. Muszę powiedzieć, że opanowaliśmy tym sposobem jego AZS...

*TŻ pozwolił na publikację w JEGO sprawie tylko, jeśli będę go tytułować "Mój Książę" =)

czwartek, 7 czerwca 2012

Pod włos - nieco przydługi post o pielęgnacji włosów połączony z retrospekcją i elementami autobiograficznymi


Nigdy nie narzekałam na włosy, a raczej na ich brak. Odkąd pamiętam moje włosy były gęste, szybko rosnące, mocne i łatwe w układaniu. Było ich tak dużo, że od zawsze prosiłam fryzjerów o wycinanie zbyt gęstych boków (słowo "degażować" poznałam i zapamiętałam w podstawówce ;P)
Po ciąży
Kiedy po narodzinach młodego zaczęły wypadać to nawet się ucieszyłam - może wreszcie się przerzedzą i będzie mi łatwiej... A dlaczego było mi trudno? A no z jednego powodu. Nie wiedzieć czemu (ok, wiedzieć dobrze, ale o tym za chwilę) od jakichś 10 lat moje włosy strasznie się puszą. Po myciu nie ma mowy o pozostawieniu ich samopas, bo "król lew" murowany. Dopóki siedziałam w domu z dzieckiem, nie miało to znaczenia. Kucyk/koczek i do przodu. Problem się zaczął po powrocie do pracy. Bez wygładzania całości prostownicą nie kwalifikowałam się, żeby przejść próg firmy ;-) No więc cóż było robić, fryzjer nr 1: poszarpane końcówki i spalone pasemka, fryzjer nr 2: beznadziejna fryzura a la czeski piłkarz łamane na hełm teściowej, fryzjer nr 3: wreszcie upragniona dość krótka fryzura z niewielkimi wymaganiami, co do prostowania (w tym miejscu pozdrawiam panią Natalię :) wielki szacun za talent i umiejętności okiełznania moich włosów!) Tak minął rok, po upływie którego zauważyłam, że nawet te krótkie pasma trudno mi wyprostować i nawet po myciu i układaniu wyglądają smętnie,matowo i jakoś tak sztywno...
Zaczęłam drążyć ten temat w sieci i powoli wszystko ułożyło się w całość. Całe lata myślałam, że dbam o włosy, bo przecież codziennie (!!!) przed prostowaniem nakładałam na nie "jedwab", do tego od czasu do czasu odżywka no i super-druper wygładzające szampony - dlaczego coś było nie tak???
 He he, no troszeczkę...
1) Włosy nie są z kewlaru, nawet najsilniejsze można zniszczyć długotrwałą ekspozycją na wysoką temperaturę (dobra prostownica rozgrzewa się do ponad 200st. C)
Żebym wtedy zainteresowała się pielęgnacją...
2) Tzw. jedwab (np. Biosilk, czy CHI) koło prawdziwego jedwabiu nawet nie stał - są to substancje na bazie silikonów mające za zadanie wizualnie poprawić wygląd włosów. Nie mają nic wspólnego z odżywianiem. Co robią dobrego? Chronią włosy przed mechanicznymi uszkodzeniami tworząc wokół nich "film" ochronny.
3) Szampony wygładzające zazwyczaj mają w sobie dwie rzeczy: SLS i silikony. SLS to detergent mocno i agresywnie oczyszczający włosy, a silikony, to jak wyżej.
Mając powyższą wiedzę należy sobie zadać jedno, tudzież dwa podstawowe pytania:
- czy odpowiada mi sposób "pielęgnacji" polegający na systematycznym niszczeniu włosa i maskowaniu zniszczeń - jeżeli odpowiedź brzmi tak, to jest to moment, kiedy można zaprzestać dalszego czytania tej notki. Jeżeli jednak odpowiedź brzmi - nie, nasuwa się pytanie kolejne:
- w jaki sposób, będąc młodą mamą, w przystępny czasowo i finansowo sposób pielęgnować włosy?
Na własne potrzeby w miarę możliwości zgłębiłam ten temat i da się ;-)
Poniższe porady pochodzą głównie z blogów:
Anwen "Jak dbać o długie włosy" - kopalnia wiedzy, baaardzo inspirujący
Siempre la belleza "Siempre la belleza blog"- bardzo konkretnie o pielęgnacji, a także przepisy dla zwolenniczek samodzielnie robionych kosmetyków (polecam mgiełkę anty UV!!!)

ZASADY MATCZYNEJ (i nie tylko) PIELĘGNACJI WŁOSÓW

(w tym wypadku przesuszonych i zmęczonych latami prostowania, z natury blond falowanych)

Po pierwsze oczyszczanie:
- zrezygnuj z udziwnionych szamponów, kup jeden lub dwa o prostym składzie bez SLS (np. Babydream z Rossmana za kilka zł - bonus jest taki, że macie jeden szampon z młodzieżą), drugi może być z SLS jeżeli zamierzasz korzystać z trudno zmywalnych silikonów(np. Barwa lub Bambi)
TUTAJ instrukcja JAK myć włosy.
- myć włosy można również odżywką!!! (polecam  Isana wygładzająca również z Rossmana), ale uwaga nie może ona zawierać w składzie silikonów. Wątek o bezsilikonowych kosmetykach na Wizażu: KLIK.

Po drugie odżywianie:

- od środka
   * Herbatka ze skrzypu i pokrzywy (5zł za opakowanie w każdej aptece starcza na miesiąc). Zalewamy po torebce każdego zioła szklanką wrzątku i do przodu.
   * Napój z drożdży (1zł za opakowanie - starcza na 4 dni). 1/4 kostki drożdży zalewamy wrzątkiem, mieszamy, zostawiamy do ostygnięcia i chlup ;-) UWAGA! Niektóre drożdże nie chcą się całkowicie rozpuszczać i na dnie szklanki zostają paskudne granulki, wtedy taki napój najpierw miksuję. Drożdże - pewniaki są w Biedronce. Rozpuszczają się idealnie i dobrze smakują. Jeżeli smak jest nadal nie do przejścia można poeksperymentować, np. zalać je mlekiem, wmiksować w nie banana itp.

-od zewnątrz
   * przed myciem wcieranie we włosy oleju, może być najprostszy - z kuchni: oliwa z oliwek albo słonecznikowy. Jak się wciągniemy można pomyśleć o czymś bardziej egzotycznym, jak kokosowy, migdałowy, czy jojoba. Procedura jest hiper prosta: odrobinę oleju (około łyżki na całe włosy) wcieramy we włosy kilka godzin przed planowanym myciem lub wieczorem, kiedy mycie planujemy rano. Oleje bardzo prosto się zmywa. W moim wypadku te lżejsze zmywam odżywką =)
O rodzajach olejów: klik
Jak nakładać olej: klik

Po trzecie  zabezpieczanie:

Jeżeli masz długie włosy, lub pragniesz takie mieć, musisz mieć świadomość, że ich końcówki narażone są na bardzo wiele uszkodzeń mechanicznych w trakcie codziennych czynności (ocieranie się o bluzkę, przygniatanie szalikiem, uciskanie spinką, rozczesywanie na siłę...). Żeby ochronić je przed tymi czynnikami ku pomocy przyjdą nam ...silikony. Tak, tak - przed chwila pisałam, że to zło wcielone, ale nie do końca tak jest. Silikony użyte świadomie i co tydzień - dwa zmywane (żeby się nie nawarstwiały) mogą być naszym sojusznikiem.
O silikonach u Anwen: klik

Powyższa notka to tylko wierzchołek góry lodowej, jaką jest temat pielęgnacji włosów. Serdecznie zachęcam do poszukiwań.
W tym miejscu dziękuję wszystkim dziewczynom prowadzącym włosowe blogi za to, że Wam się chce! JESTEŚCIE WIELKIE :-)

Trudne początki... Tak wyglądał mój start w walce o piękne włosy (po zmyciu silikonów wyłonił się obraz nędzy i rozpaczy). Mam nadzieję, że przyjdzie mi się również kiedyś pochwalić pięknymi blond falami na tym blogu :-)






sobota, 21 stycznia 2012

Każdy ma swoje "bioderko"

Nigdy nie obawiałam się o własne zdrowie. Kaszel, katar, czy co tam jeszcze nie stanowiły większego problemu (ani mniejszego nawet). Ogólnie przed narodzinami młodego niewieloma rzeczami się martwiłam. Wszystko uległo zmianie, gdy na świat przyszedł ON. Czy nie je za mało? A może za dużo? Czy kupa, co 2 dni to ok, czy powinnam dać mu czopek? Dlaczego płacze? Dlaczego NIE płacze? Czy na pewno oddycha? Dlaczego zaczął płakać, przecież TYLKO sprawdzałam, czy oddycha?... etc. etc.
Pierwszy poważny stres przeżyliśmy przy kontroli stawów biodrowych. Po jednej stronie odwiedzenie nóżki było mniejsze, niż po drugiej. Przez kilka dni zawisła nad nami groźba szyny Koszli, czy innej rozwórki. Wydawało mi się wtedy, że to praktycznie koniec świata. Wszyscy mają zdrowe dzieci, a nas spotyka COŚ TAKIEGO. Na szczęście bardziej doświadczone mamy ruszyły z odsieczą i po chwili okazało się, że jednej synek urodził się z wadą dłoni, po której ślad dawno zaginął, druga przeszła z młodą przez 3 miesiące pobytu w szynie po czym również nie ma śladu), że nie wspomnę o znajomych, którzy pierwsze tygodnie spędzili z młodym w szpitalu, bo zbyt wcześnie pojawił się na tym świecie... Nie ma to, jak dobra grupa wsparcia ;-)
Ostatnio znów spotkało nas coś przykrego. Młody w nocy obudził się ze "szczekającym" kaszlem i dusznościami. Musieliśmy wzywać pogotowie i jechać do szpitala. Co prawda sytuacja została szybko opanowana, ale stres pozostał. Zapalenie krtani lubi nawracać. Na forach internetowych milion porad, co robić - połowa z tego bez sensu lub wręcz szkodliwa. Lepiej słuchać lekarzy.
I znów myśli, dlaczego my? Wszyscy zdrowi, a my w szpitalu... Ale czy na pewno? Na spokojnie zaczynam analizować zdrowie dzieci z najbliższej rodziny i znajomych. U jednego wycięte migdałki, druga ma wodę w uszach, trzecia ma za sobą obustronne zapalenie płuc i szpital... Długo by wyliczać. Znów okazuje się, ze każdy niesie swój krzyż, a dobrze jest tylko tam, gdzie nas nie ma.
Dlaczego w ogóle to piszę? Żeby podzielić się i innymi mamami refleksją, iż KAŻDY ma swoje "bioderko". Dla jednej zmartwieniem będzie waga dziecka, inna panicznie będzie bać się drgawek towarzyszących gorączce, a inna (tak jak ja) będzie w nocy wsłuchiwać się w oddech dziecka ze strachu przed dusznością.
Nie ma dzieci idealnie zdrowych i nie ma rodziców idealnie spokojnych. Najważniejsze jest, by nie tracić głowy w chwilach grozy. I tego życzę nam wszystkim w Nowym Roku.
Niech 2012 będzie spokojny, wolny od stresu i przede wszystkim zdrowy. Dzieci niech rosną, a my zachowajmy młodość (choćby ducha).
W tym miejscu przesyłam specjalne pozdrowienia dla Ewy, która jako dziecko też "szczekała" i żyje, a nawet ma się dobrze. Czasami drobne gesty i proste słowa wnoszą nadzieję w serce drugiej osoby...

środa, 9 listopada 2011

Notka z pazurem


Każdy ma jakieś hobby, lub mówiąc dosadniej - świra. Mój ostatnio objawia się kompulsywnym malowaniem paznokci w różne desenie i wzory. Zaczęło się niewinnie od pomalowania (wtedy) krótkich ogryzków w celu zapuszczenia ich. Lakier na paznokciu odstręcza mnie od dalszego obgryzania, a do obgryzania mam mocne predyspozycje ;-P
Jak to często bywa, jedno zachowanie odstresowujące zamieniło się w inne, aczkolwiek tego drugiego nie trzeba się wstydzić.
Niby malować pazury każdy (każda) potrafi ALE nie każdej wychodzi tak, jak w salonie. Internet pełen jest paznokciowych blogów i przy odrobinie dobrych chęci i paru godzinach czasu wszystko można znaleźć. Wiem jednak jaką ilością czasu dysponuje przeciętna mama, dlatego kluczowe informacje na temat pazurów znajdziecie właśnie w tej notce :-)

1) Po pierwsze: zdrowie to podstawa, a podstawę stanowi dobra BAZA
Po intensywnych poszukiwaniach zdecydowałam się na Nail Tek Formula II Foundation. Nakłada się ją na paznokieć, który po paru sekundach robi się wygładzony i matowy - gotowy na przyjęcie lakieru. Przy dłuższym używaniu niesamowicie utwardza płytkę i zapobiega rozdwajaniu. Maluję paznokcie 2-3 razy w tygodniu i nie mam ŻADNYCH problemów ze zdrowiem płytki.

2) Po drugie: wolność - maluj, czym chcesz
Zastosowanie dobrej bazy (patrz wyżej) i dobrego "topa" (patrz niżej) pozwala na używanie dowolnego (dowolnie taniego) lakieru. Nawet ten za 2zł będzie się trzymał tydzień. Serio!

3) Po trzecie: szybki finisz
Kto ma czas czekać na wyschnięcie lakieru, niech pierwszy rzuci pieluchą ;-) Ja w każdym razie nie mam. Zdecydowałam się więc na ultra szybko schnący top: Seche Vite. To cudeńko wysusza paznokcie w 10 min. na kamień, a do tego utrzymuje się nawet tydzień. Trzeba jednak umiejętnie go używać. Seche Vite kładziemy na MOKRY lakier, nabierając sporą kroplę na pędzelek i rozprowadzając ją na płytce bez dotykania kolorowego lakieru pod spodem.

Koniec - manicure (lub bardziej trendy - MANI) zrobiony.

Jeżeli maluję tylko na gładko kolorem, to cała procedura (łącznie z schnięciem) nie przekracza 15minut. Czasem (ok często) mam jednak więcej fantazji i kuszę się na kilka kolorów, lub rysowanki. Najczęściej posiłkuję się tutorialami z YouTuba genialnej w swej prostocie Cutepolish, albo blogami, takimi jak Spooky Nails, który cenię szczególnie za kompleksowość informacji w dziedzinie MANI ;-)

Żeby dopełnić obrazu całości wspomnę jeszcze o dwóch genialnych produktach, które zakupiłam zainspirowana opiniami z sieci i nie żałuję: Sally Hansen Instant Cuticle Remover - płyn do usuwania skórek, który NA PRAWDĘ działa oraz Burt’s Bees - masło do skórek. Dzięki Ci, Kolorowy Kocie za recenzje obu produktów - ani odrobinę się nie zawiodłam :-)

Za uprzejmościę Whale's Nails
Pewnie nurtuje Was pytania, czy to na pewno tanio? I tak i nie. Oficjalne ceny w/w produktów są dość wysokie, aczkolwiek Allegro i eBay zdają się rządzić swoimi prawami i tym sposobem za żaden z produktów nie zapłaciłam więcej, niż 30zł. Oszczędzam za to na kolorowych lakierach które kupuję raczej z dolnej półki ;-)
Szczególnie polecam marki: Wibo (a w tym Rossmanowskie Lovely), Barbra i ich znakomita seria Colour Alike oraz w ramach szaleństwa China Glaze. Gdybym miała nieograniczone fundusze, kupiłabym WSZYSTKIE.

sobota, 23 lipca 2011

Gucio, mnie to obchodzi

Temat obuwia dziecięcego powraca niczym bumerang. Już człowiek myśli, ze znalazł optymalną opcję, a tu zonk i trzeba szukać od nowa. Ale od początku... Po pierwsze młody pomimo osiągnięcia magicznego wieku 14 miesięcy WCIĄŻ nie chodzi, przemieszcza się co prawda na dwóch nogach ale jak pątnik - na kolanach, co powoduje wycieranie każdych bucików z prędkością (co najmniej) drugą kosmiczną. Po drugie, przy próbach "normalnego" wstawania niemożebnie koślawi stopy przyprawiając o palpitację fizjoterapeutyczne serce mamy.
Jak to często w życiu bywa, najfajniejsze rzeczy znajduje się przypadkiem. No więc przypadkiem trafiłam na gazetowe zdjęcie Gwyneth Paltrow, a raczej jej córeczki Apple ubranej w buty GUCIO  polskiej produkcji. Temat mnie zaciekawił, bo przecież czemu mam być gorsza od jakiejś Gwyneth, czy innej Angeliny?
Znalezienie sklepu z bucikami nie było trudne (pomógł wujek Google), tym bardziej, że tylko jedne maja taką nazwę. Dużo ciekawsza okazała się jednak jego zawartość oraz filozofia, z jaką Gucie są tworzone.
Podczas rozmowy telefonicznej z samym właścicielem, a zarazem twórcą bucików - panem Sławomirem Piwowarczykiem (ach te przypadki, akurat ON odebrał telefon) dowiedziałam się, że temat zdrowia i prawidłowego rozwoju małych stóp nie jest mu obcy, przez co jako mama poczułam zrozumienie i wsparcie w dylemacie, "czy aby te buty się nadadzą". Co mnie przekonało? Fakt, że pomimo wrażenia potężnie zabudowanych i sztywnych, w rzeczywistości Gucie pracują razem ze stopą dziecka, a jedynym sztywnym elementem jest zapiętek utrzymujący kość piętową dziecka w osi nogi. Dlaczego to takie ważne? W naszym wypadku, kiedy to dzieć usilnie dąży do koślawienia stóp (tak, jakby chciał stanąć na wewnętrznych ich krawędziach) zaczyna się pojawiać problem konieczności noszenia wkładek korygujących. Wkładka jednak jest sztucznym wymuszeniem prawidłowego ustawienia i tak naprawdę zwalnia stopę z konieczności jakiejkolwiek pracy, a do tego uciśnięte mięśnie (już osłabione) mają jeszcze gorsze możliwości rozwoju z powodu zmniejszonego ukrwienia. Błędne koło. Gucie wydały mi się rozsądnym kompromisem pomiędzy koniecznością korygowania stopy, a ograniczaniem jej rozwoju.
A oto mój mały konsumencki test:

Buty Gucio w rozmiarze 21, model z małymi dziurkami w kolorze czekoladowym

estetyka
Ponoć nie to ładne, co ładne, ale co się komu podoba. Buciki są khm... ekscentryczne, w moim odczuciu są jak Volkswagen Garbus - tak brzydki, że aż uroczy.
Plus za dużą gamę kolorów do wyboru, sporo czasu zajęło mi wybranie tego jedynego.

dopasowanie
Reklama nie kłamie. Gucie leżą idealnie na małej dziecięcej stopie. Młody ani razu nie protestował przy zakładaniu i ani razu nie wykazał oznak zirytowania faktem posiadania Guciów na nogach.

funkcjonalność
Miodzio! Pierwsze buty, których nie zajechał w tydzień. Szwy nad pacami skutecznie uniemożliwiają przetarcie przy raczkowaniu. Pomimo codziennego intensywnego noszenia butom w zasadzie nic się nie dzieje (lekkie świecenie skóry w miejscu tarcia o podłoże).
Zapiętek działa!!! Problem koślawienia znika, gdy buty są na nogach. Z przyjemnością również stwierdzam, że nie istnieje problem pocenia. Gucie są przewiewne i po ich zdjęciu skarpety nie są nawet wilgotne.

wygoda użycia
Po kilku założeniach skórka staje się bardzo miękka, więc zakładanie i zdejmowanie nie stanowi żadnego problemu.

cena
147zł plus 17zł koszty wysyłki to dość sporo ALE oddalająca się wizja wkładek i cotygodniowych poszukiwań przetartych "tańszych odpowiedników" - bezcenne.

dodatki
Jakże miłym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że wraz zamówieniem prócz butów przyszły także dodatkowe sznurówki, zestaw próbek kolorów skóry na przyszłość, a same buty zapakowane były w pudełko z nadrukowaną skalą do mierzenia stópek. Małe rzeczy, a cieszą :-)

minusy
Na potrzeby mojego syna powinnam zamówić sznurówki z kevlaru, żeby się nie przecierały. Mam nadzieję, że dwie pary wystarczą na okres użytkowania.

podsumowanie
Z perspektywy miesiąca uważam, że był to bardzo dobry zakup i na pewno zdecyduję się na kolejną  parę.
 

sobota, 21 maja 2011

Koza w nozdrzach i inne wstydliwe sprawy

Tajemnicą Poliszynela jest fakt, że wszyscy czasem puszczamy bąki, czy wyciągamy gluty z nosa. Co jednak odróżnia dzieci od dorosłych - w zdecydowanej większości ci drudzy robią to dyskretnie ;-)
Do dziś wspominam sytuację, kiedy to weszłam z miesięcznym wtedy młodym do urzędu i w ciszy korytarzy jedynym dźwiękiem, który niósł się echem było przewlekłe pierdzenie dziecięcia... Cóż zrobić, na pewne rzeczy nie mamy wpływu, ale z wieloma można sobie poradzić. 
Oto moje sposoby na "obróbkę" młodego, co by nie dążył w kierunku turpizmu:
1) Tytułowe kozy w nosie (nie mówię o katarze, tylko o zwykłych śmieciach zalegających sapki młodego po całym dniu). Generalnie staram się nie używać aspiratora, czy patyczków - zostawiam to jako ciężką artylerię w wypadku kataru. W zamian w trakcie kąpieli, kiedy już buzia była myta - vide do nosa dostało się trochę wody, która odmoczyła najtwardszy towar, kładę małego na plecy i delikatnie ściskam nosek od góry ku dołowi (wyciskam gluciska). Po kilku powtórzeniach kozy bez problemu opuszczają "obórkę" :-D Uwaga, sposób ten nie działa u dorosłych - chyba mamy za twarde chrząstki.
2) Żałobne pazury. Tutaj sprawa jest trudniejsza, bo szorowanie szczotką raczej nie wchodzi w grę, więc jedynym sposobem jest częste cięcie, co by bród nie miał się gdzie zbierać. Kiedyś nie było z tym problemu. Obcinałam i już, ale nie teraz. Teraz on wszystko widzi i każdy ruch musi być zaakceptowany. Obcinaczka najczęściej zostaje mi wyrwana w celu dokładnego wyssania... Tak więc jako znakomity strateg (jakim jest każda matka) atakuję w chwili, kiedy jest najmniej czujny - tuz przed snem. Jesteśmy już po jedzeniu i po kąpieli, piżamka założona, zaraz będzie buziak na dobranoc... a tu niespodzianka BAJKI. W tym stanie umysłu młody nawet nie wie, że ma ręce, a co dopiero mówić o rejestracji obcinania paznokci.
3) Plamy od śliny na koszulce. Oczywiście dzieć może biegać zawsze i wszędzie w śliniaku, ale czyż nie ładniej (i taniej) jest kupić kilka bandanek w różnych kolorach, przeciąć każdą na pół (na dwa trójkąty) i wiązać pod szyją?
4) Syf za uszami. Co prawda, ten problem nas nie dotyczy, ale wiem, że tak bywa. Mam tylko jedno lekarstwo: kąpać dziecko w całości - zanurzamy główkę (uszom nic nie będzie)!!!
5) Plamy po kupie na pieluszkach wielorazowych i innych ubraniach. Sposób jest genialnie prosty, niestety użyteczny tylko latem: uprać normalnie i powiesić do wyschnięcia w pełnym słońcu - plamy znikają (powaga!).

6) Chce raczkować po podwórku. Ten temat jest mi szczególnie bliski. Jak było chłodno, nie było problemu, grube spodnie i do przodu, ale jak ubrać niemowlę w grube spodnie przy 30 stopniach...? Mój osobisty patent to "geterki-hokejówki". Na chińskie geterki (przy dobrych wiatrach 5zł z przesyłką) naszywamy, łapiąc w 4 punktach kawałki grubego materiału (u nas był to kaptur od zimowej kurtki). Koniec. Proste i praktyczne.
7) Nie schodzi mu napletek. Tutaj posiłkuję się mądrością innych.
8) Kołtuny na włosach. Loczki są urocze, ale po nocy wyglądają bardziej, jak szczotka, niż afro. Pomaga czesanie na mokro 2 razy dziennie. Szampon przeciw plątaniu być może coś daje, ale w ostatecznym rozrachunku wygrało u nas zwykłe mydło plus czesanie szczotka mamy. Dziecięce grzebyki nadają się khm... do zabawy ;-)
---
Zachęcam do podzielenia się własnymi sposobami na dziecięce problemy, może i ja też skorzystam! :-)

sobota, 19 marca 2011

Na Dobranoc - TEST kaszki Humana

Prowadzenia "mamusiowego bloga" ma pewne zalety. Można np. dostać parę opakowań ciekawych produktów, aby później napisać o nich to i owo. Tym sposobem otrzymałam do testowania 3 rodzaje kaszek Humana. Co bardziej wnikliwi czytelnicy znają moje zdanie na temat kaszek, więc słodzenia w kierunku Humany nie przewiduję ;-)
Na pierwszy ogień poszła mleczno-jęczmienna z brzoskwiniami przeznaczona do podania w ramach wieczornego posiłku.


mleczno-jęczmienna z brzoskwiniami

Opakowanie i informacje o produkcie ***

Widać, że  kaszka przyjechała do nas z za granicy, gdyż wszystkie oryginalne napisy są w języku niemieckim. Z tyłu opakowania naklejono polskie tłumaczenie składu i instrukcji użycia. Z jednej strony budzi to moje zaufanie, gdyż wiadomo, ze co niemieckie, to lepsze ;-) z drugiej jednak jest mi nieco smutno, że polskie mamy traktowane są jako odbiorca drugiej kategorii, dla którego nie opłaca się drukować napisów...
Lekki niepokój wzbudziła we mnie zawartość trzech rodzajów cukru, ale jak się później okazało obawy te były nie słuszne.
Producent zaleca podawanie właśnie tej kaszki na dobranoc ze względu na dłuższy proces trawienia produktu pełnoziarnistego. Ponieważ mój syn jada głównie takie  produkty, trudno mi powiedzieć, czy sprawdza się to w praktyce...

Przygotowanie i łatwość podania **

Jestem szczęściarą. Mój syn sam odstawił się od butli, więc kolację dostaje łyżeczką już od jakiegoś czasu. Nie było więc problemu z dostosowaniem sie do zaleceń producenta w tej materii. Problem miałam innej natury. Zazwyczaj wlewam do miseczki mleko lub wodę i do tego dosypuję kaszkę aż do uzyskania odpowiedniej gęstości. Tutaj natomiast producent zaleca odwrotny proces - najpierw kaszka, a potem woda. 6 miarek kaszki ma starczyć na 165ml wody. Hmm... Jasne, już się widzę odmierzającą tą wodę... 
Robiłam więc jak zawsze, woda do miseczki, a na to kaszka i tu pojawił się problem. Kaszka gluciła się, zbijała w grudy, nie chciała się połączyć z wodą. W zasadzie do końca posiłku walczyłam z suchymi grudami :-/
Na plus przyjmuję to, że młodemu smakowało. Plusem również jest to, że kaszka nie jest nazbyt sodka. Ot, taka akurat.

Ekonomia posiłku *

Hmm... Wg producenta kaszka starcza na ok. 5 posiłków po 250ml każdy. Może mój syn to żarłok, ale nic nie poradzę, że na wieczór wciąga 350ml plus ewentualne straty w trakcie podania. Tak więc dla nas opakowanie wystarczyło na dwie i pół kolacji. Gdybym miała kupować ją na co dzień, miesięcznie kosztowało by to 130,80pln (2 opakowania na 5 dni, czyli 12 opakowań na miesiąc). Dla mnie kosmos. Sama tyle nie wydaję na kolacje dla dwojga ;-)

Ponowny zakup **

Nie sądzę.

Ogólna ocena **

Fajny produkt przy założeniu, ze dziecko je "standardowo", a mama nie dysponuje zbyt dużą ilością czasu. Przydatne również dla dzieci nie pijących jeszcze krowiego mleka.
W naszym przypadku, gdy młody jest już zupełnie "krowi", zdecydowanie nie odczuwam potrzeby dokarmianie tego typu rzeczami.
Zdecydowanie na plus uznaję fakt delikatnego smaku, a szczególnie nie przesłodzenie produktu.

* beznadzieja  ** jak mus to niech będzie    *** da radę    **** dobrze jest   ***** wymiata

niedziela, 6 marca 2011

Fizjo-gadki, o zdrowiu mamy

Skoro ogarnęliśmy już temat zdrowia naszych najmłodszych, warto przez chwilę przyjrzeć się samopoczuciu tych, które sprowadziły na świat owe SKARBY. Z przykrością muszę stwierdzić, iż ciąża, poród i macierzyństwo nie służą naszym ciałom. Począwszy od pierwszego tygodnia, kiedy "fasolka" zagnieżdża się w brzuchu, my - kobiety doświadczamy mało przyjemnych rzeczy jak wymioty, obrzęki, wysypki, bóle nóg, dłoni, krzyża, spojenia łonowego, brzucha, skurcze mięśni i parę innych, o których nawet nie chce mi się wspominać.
Żeby to się jeszcze kończyło w dniu porodu. Ale nie, gdzieżby dało odpocząć! Od nowa bóle pleców, ciągnięcie szwów, ohydnie luźny brzuch. Zamienił stryjek...
Nic to, myśli świeżo upieczona mama - minie połóg, będzie lepiej. Nie jest. Niby szwy już nie ciągną, brzuch jakby mniejszy ale w międzyczasie dziecko urosło i przysłowiowy krzyż pęka od schylania się do łóżeczka, przewijania, kąpania itp. Nie wspomnę już o barkach, które drętwieją od prób "bezdotykowego objęcia" śpiącej bestii (każde szturchnięcie może go wybudzić i ryk), a przecież jakoś spać trzeba. No i kolana. Ach, te kolana umęczone zabawami na podłodze, raczkowaniem dla towarzystwa, kucaniem z młodym na rekach.
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Dlatego, że zdecydowanej większości tych rzeczy możemy uniknąć. Poważnie!
Zacznijmy od popularnej dolegliwości: bólu pleców. Najczęstsza ich przyczyna to columna vertebralis, czyli dobrze wszystkim znany kręgosłup. Warto wiedzieć, że kręgosłup to świetnie zaplanowana machina do przenoszenia ciężarów, trzeba tylko wiedzieć, jak jej użyć. Można powiedzieć, że to taki jeden wielki resor, składający się części twardych (kręgów) naprzemiennie z miękkimi (dyskami). Myślę, że 4 kręgosłupy spokojnie utrzymałyby średniej wielkości samochód, nie czyniąc tym faktem szkody ani sobie, ani samochodowi. Dlaczego więc 10-kilogramowy dzieć powoduje przeciążenia? Ano dlatego, że ogromna wytrzymałość kręgosłupa nie jest zjawiskiem długotrwałym. Jednym słowem, przez chwilę możemy przenosić naprawdę dużo, ale gdy obciążenie przedłuża się, plecy włączają "alarm", który ma nam przypomnieć o konieczności zmiany.
No to teraz rachunek sumienia. Szczerze, kto usypia malucha chyląc się nad łóżeczkiem godzinami? No kto? Kto karmi przez 40 min w niewygodnym ułożeniu, bo jak się odessie, to masakra? Kto prasuje późną nocą tony ubranek, bo za dnia nie ma czasu?
Jak więc sobie radzić w codziennych sytuacjach? Czy jest dla nas ratunek?
Jest nadzieja ;)
1) Usypianie: włóż malucha do łóżka, postaw sobie obok krzesło, jak trzeba pogłaskać małą bestię to rób to (wygodnie rozparta na krześle). Jeżeli Twoje dziecko usypia na rękach - ok, przytul je i pospaceruj po mieszkaniu, jak chcesz, pobujaj - tutaj kluczem jest utworzenie z młodym jednej bryły (doklejenie go/jej do siebie), a same ruchy bujania maja pochodzić z twoich nóg. 
2) Kąpiel: włóż bestię do wanny, a sama uklęknij obok opierając się ciałem o brzeg wanny. Jeżeli kąpiesz w wanience stojącej na podłodze (jak ja) usiądź na piętach wypinając pupę do tyłu - w tej pozycji może nie jest najwygodniej dla kolan, ale za to kręgosłup jest bezpieczny. Żeby bezboleśnie wyjąć potomka z "poziomu 0" do "poziomu pralka" chwyć go będąc jeszcze na dole i podnieś się z nim z kucek na prostym kręgosłupie. Jeżeli taki sposób wydaje ci się dziwny, możesz zrobić to metodą klasyczną - nachylając się, ALE pamiętając o jednej zasadzie: wypiętej pupie. Tak, brzmi dziwnie, jednak wypięcie pupy powoduje ustawienie kręgosłupa w naturalnie wyprostowanej pozycji, a więc nagle jest on w stanie przenieść kilkaset kilo bez szwanku. O tej zasadzie od dawna wiedzą sztangiści!
3) Zabawa na podłodze: tutaj kluczem jest zmienność pozycji. Klęk, siad na piętach, siad z boku pięt, czworakowanie, leżenie na boku, na plecach, brzuchu i co tylko sobie wymyślisz - po prostu często tę pozycję zmieniaj. Naszym wrogiem jest tu czas. Gdy czujesz dyskomfort w jakiejś pozycji, po prostu ją zmień. Ciało jest mądre i daje znaki, co jest dla niego dobre, a co nie.
Gdy przesadzę z zabawą z młodym staram się stosować zasadę przeciwności. Np.: za długo się nachylałam nad bączkiem i czuję "coś" w krzyżu, wstaję i parę razy odchylam się do tyłu. Metodą dedukcji, skoro zgięcie spowodowało mój ból, to zgięcie w przeciwną stronę powinno go cofnąć, prawda?
Oczywiście ideałem byłoby znalezienie 3 razy w tygodniu czasu na mamine ćwiczenia, czy choćby basen, niestety mnie ta sztuka jeszcze się nie udała. Nie oznacza to jednak totalnego lenistwa. Ćwiczenia można wpleść niemal w każdą codzienną czynność. Taki spacer. Mogę iść jak fleja, albo obrać sprężysty, wojskowy krok i popracować tym samym nad własnymi pośladkami. Zabawa z młodym - mogę włączyć śpiewające wiaderko i klikać w necie albo włączyć Franka Sinatrę i odtańczyć z nim "Come fly with me" etc.
Jednym słowem, Drogie Mamy, wszystko zależy od nas.
Zdrówka życzę na wiosnę!
---
Z poradnika młodego fizjoterapeuty:
Bazy certyfikowanych terapeutów specjalizujących się w poszczególnych dziedzinach:
Kręgosłup: metoda McKenziego
Bóle/urazy/kręgosłup: Medycyna Ortopedyczna wg Cyriaxa

niedziela, 6 lutego 2011

Fizjo-gadki, zdrowy dzieć to podstawa

Z okazji pierwszych urodzin naszego Gnoma zadzwoniła babcia i zatroskanym głosem orzekła: "wiesz, on zaraz zacznie chodzić - musisz mu kupić byty ze specjalną wkładką, stopę trzeba odpowiednio kształtować", z kolei druga babcia wciąż nie może zrozumieć, dlaczego my - wyrodni rodzice nie kupiliśmy młodemu chodzika, bo przecież to taki fajny wynalazek - wszystkie dzieci powinny być w chodzikach, bo łatwiej im się poruszać...
Cóż, co 10 lat zmienia się podejście do wychowania oraz definicja zdrowia, więc być może to, co dziś jest uważane za dobre, jutro zostanie okrzyknięte zupełnym bezsensem ale COŚ z dzieckiem robić trzeba. JAKIEŚ buty musi mieć.
Osobiście postrzegam to tak: nauka chodzenia dla niemowlaka jest tym, czym dla nas byłoby stąpanie po linie na wysokości pierwszego pietra. Dziecko robi to pierwszy raz w życiu! Pewnie zadziwione jest faktem, że te dwa dziwne przedmioty na dole to jego nogi i że te nogi mogą do czegoś służyć. ;-)
Konia z rzędem temu, kto chciałby chodzić po linie w butach narciarskich (jak ktoś jednak chce spróbować to na priva chętnie puszczę kontakt do siebie - kolejny pacjent zawsze w cenie ;-)
Jednak zgodnie z teorią o dobroczynności sztywnych wkładek/zapiętków itp. powinniśmy lepiej czuć się w sztywnych butach. Powinno nam być wygodniej. W końcu to przecież zdrowe.
 Tiaaa... Na szczęście każdy jest kowalem (w tym wypadku) swojego dziecka i można postępować inaczej. Buty? Zbędny wynalazek - po domu na bosaka albo w skarpetkach z ABSami. Nota bene to dobra rada dla nas wszystkich. Chcesz być zdrowszy - chodź na bosaka!
Czasem jednak trzeba wyjść na zewnątrz, powiecie. Tutaj zaczynają się schody, gdyż 90% rynku obuwniczego to usztywniane "koszmarki" za grubą kasę :-/
Od czego jednak mamina samopomoc? Oto kilka dziecięcych bucików odpowiadających potrzebom małej stópki (czyli udających, że ich nie ma):
  • zwykłe chińskie tenisówki za parę zł z bazaru, miękkie, tanie i dobre (wada: w zimie bezużyteczne,)
  • buciki z Deichmanna - już za 50zł da się kupić coś sensownego na wiosnę - jesień
  • Stonzy - mercedes wśród bucików, drogie ale uniwersalne (wada: latem się nie sprawdzą, drogie).
 A co jak młode jeszcze nie chodzi? Może włożyć w chodzik, to zacznie? Jasne! A jak nie  umie pływać to włóżmy je w kółko, na pewno się nauczy - w końcu i to woda, i to woda. Albo lepiej - jak nie umie siusiać do nocnika to wsadźmy je do sedesu - szybciej załapie, że tam się robi, bo nie będzie miało wyjścia (dosłownie) :-/
Z punktu widzenia fizjoterapeuty, skoro nie chodzi, to pewnie jeszcze nie jest na to gotowe. Może jakaś struktura jeszcze się nie wykształciła? Może stawy nie są na tyle ukształtowane, żeby unieść 10kg "szczęścia"? Może mięśnie nie są jeszcze wystarczająco silne? Nie wiem. Wiem, że moje dziecko preferuje chód "na czterech". Wiem również, że matka natura tak zaplanowała rozwój malucha, żeby wszystko "grało" aż do śmierci. Dlaczego więc ja jako rodzic miałabym zmieniać ten proces? Po co przymuszać młode do przyjmowania pozycji, których jeszcze przyjmować samo nie chce? W tym momencie już słyszę głosy mam: "ale ona uwielbia być stawiana!", "on lubi swój chodzik, jest w nim taki szczęśliwy!", "przecież jakby mu było źle - to by płakał!". Bla, bla, bla... Lubi, bo jej pokazałaś, cieszy się, bo chodzik zrobił za niego robotę, a on już nie musi się męczyć, nie płacze, bo nie ma powodu - góra przyszła do Mahometa, a nie na odwrót. Prawidłowy rozwój związany jest z wysiłkiem fizycznym. Dziecko tysiąc razy upada po to, żeby później stabilnie stanąć. Czy wiecie, że okres raczkowania to jedyny moment w życiu, gdy spędzamy kilkaset godzin w podporze na rękach? Taki trening nie powtórzy się już NIGDY! Dlaczego więc zabierać to dziecku, pakując je w chodzik? Ja nie zamierzam. Amen.
W ogóle fizjoterapeutyczne dziecko ma przerąbane. Basen od 2. miesiąca życia (nawet z katarem), ćwiczenia dla wyrównania problemów rozwojowych (nawet tych wyimaginowanych), ograniczona liczba zabawek, 4-godzinne spacery etc... etc...
Myślę jednak, że ogólnie młody nie może narzekać. Okazuje się, że ciepłe i opiekuńcze zachowanie jest zachowaniem dobroczynnym. Weźmy takie chusty. Zacny trend :-) Dziecko w prawidłowej pozycji, bezpieczne i bujane. Czuje ciepło mamy, jej zapach, słyszy jej oddech, bicie serca. Dlaczego to takie ważne? Dlatego, że w każdej minucie życia kształtuje się mózg naszego maluszka, rozrastają się komórki nerwowe, powstają nowe połączenia. Ten proces ma nawet swoją nazwę - to PLASTYCZNOŚĆ. Przez to, jak traktujemy malucha, mamy wpływ na to, jakie połączenia powstaną i jak komórki będą się rozrastać. Poważnie!!! Szczególnie kołysanie jest ważne, dzięki niemu odpowiednio kształtuje się układ przedsionkowy stanowiący bazę dla wszelkich dalszych struktur odpowiedzialnych za poruszanie się człowieka. Poprzez układ przedsionkowy tworzymy pierwszą - bazową więź: ja - Ziemia, czyli ja kontra grawitacja. Jeżeli dziecko nie odnajdzie się w przestrzeni, nie utworzy tej pierwszej, pierwotnej więzi, nie będzie w stanie nawiązać żadnych następnych: ja - moja ręka, moja noga - moja głowa, ja - rodzina, a w końcu ja - społeczeństwo. Sic! To jest aż tak ważne!!! Także drogie mamy i drodzy tatusiowie, noście dzieci! Kołyszcie je, przytulajcie i ściskajcie! Odwdzięczą się na starość (dzięki zbudowanej więzi może nie oddadzą nas do domu starców ;-)))
---
Porady cioci Asi ;-)
  • But nadaje się do noszenia przez dziecko, jeżeli da się go w rękach zwinąć w rulonik - jest miękki,
  • jeżeli MUSISZ (bo się udusisz) mieć chodzik, kup taki, który dziecko pcha, a nie siedzi w środku,
  • żeby dobrze wiązać dziecko w chuście warto skorzystać z instruktażu doradcy chustowego
  • jeżeli nie jesteś pewna, czy twoje dziecko rozwija się prawidłowo, skorzystaj z porady fizjoterapeuty dziecięcego (ja ufam terapeutom NDT Bobath.)