środa, 5 maja 2010

Zrób to sam - nie tylko dla uzdolnionych

Jako rasowa blondynka pałam chęcią posiadania wielu ładnych, a przede wszystkim oryginalnych rzeczy. Jak już kiedyś pisałam, gust mam królewski tylko zarobki plebejskie ;-)
Jak to się mówi "potrzeba (ar)matką wynalazku", trzeba sobie jakoś radzić. Pierwsze rękodzieło popełniłam kilka lat temu stając w obliczu pustej ściany i braku funduszy na kolaż z obrazków, jaki sobie wymarzyłam. Miałam za to w pozostałości po klasie biologiczno-chemicznej zielnik pełen suszonych roślin, który aż prosił się o wykorzystanie. Suche roślinki pięknie wyglądały włożone za szkło i powieszone na ścianie. Z czasem dorobiłam się drewnianych ramek i eksponaty zyskały status prawdziwych obrazków. Efekt oceńcie sami :-)
O potrzebie posiadania najpiękniejszego dziecka już pisałam. Pierwszym pomysłem na wyróżnienie się było ozdobienie krawędzi pieluch. Wystarczyło zakupić przez Allegro 10 tetrowych pieluszek i kilka sztuk kolorowej muliny. Zaczęłam od najprostszych wzorów - takich jak w podstawówce na ZPTach, a skończyłam na kolorowych zwierzątkach własnego pomysłu. Nota bene, te pierwsze są dużo ładniejsze, więc nie ma co przesadzać z wysiłkiem ;-))))
Te spodnie zainspirowały mnie do stworzenia pajaców własnego pomysłu dla niemowlaka - smrodziucha (tak, tak - trafił mi się wyjątkowo smrodliwy model!). Białe pajace kupuję wiadomo gdzie, do tego wystarczy folia do prasowanek, sprawna drukarka i umiejętność wyszukania przez Google śmiesznych obrazków. Ponieważ moją inspiracją była toksyczność, zdecydowałam się na wzory ostrzegawcze. Tanie i zabawne :-)
Życie z niemowlakiem w ogóle daje pole do popisu pod względem rękodzieła. Gdybym miała kupować te wszystkie, obrazki, zabawki, maty - chyba musiałabym co miesiąc brać kredyt ;-) Szczególnie mocno bulwersują mnie ceny mat edukacyjnych. Kawałek materiału + pałąk i ewentualnie zwierzątko/obrazek kosztuje często ponad 300zł!

Moja kieszeń mówi na to stanowcze nie. Z tekturowego pudełka i obrazków wydrukowanych z netu zrobiłam własny element maty. Ważny był wybór rysunków, musiały być wyraziste - najlepiej czarno-białe, żeby maluch się na nich koncentrował. Za podstawę maty robi stary rożek pozyskany po synku koleżanki. W ten oto sposób za kilka złotych mam super plac zabaw dla syka-rodzynka :-)
Jak widać, każdy może zrobić coś efektownego niewielkim nakładem kosztów i wysiłku. Znam nawet taką mamę, która podczas długich godzin karmienia zrobiła takie cudeńka, ale w moim wypadku aż taki wysiłek nie wchodzi w grę ;-)



--------------------------------------------------------------------------------
Jak ładnie ususzyć rośliny?
1. zbieramy to, co się nam podoba
2. przez 2-3 dni podsuszamy to między gazetami, żeby zmiękło
3. wkładamy między kartki grubej książki i zapominamy na 3 tygodnie (ten czas wykorzystujemy na kupno ramek)
4. rośliny umieszczamy w ramkach i cieszymy się :-)

Jak wydrukować motyw na śpiochach?
1. kupić papier do prasowanek w sklepie typu MediaMarkt i śpochy w lumpeksie
2. znaleźć w necie fajny obrazek
3. otworzyć obrazek jakimkolwiek programem do obróbki graficznej (może być Windosowski Paint) i użyć funkcji "odbicie lustrzane" lub "obróć w pionie"
4. wydrukować
5. naprasować

Skąd wziąć fajne wzory ściegów na pieluchy i nie tylko?
Stąd
Lub stąd

Jak zrobić mini parawanik dla dziecka?
1. Znaleźć kawałek tektury
2. wydrukować zwierzątka z netu
3. nakleić zwierzątka na tekturę
4. pomalować lub nie
Tak wygląda parawanik po "dopieszczeniu":

czwartek, 18 lutego 2010

Życie z dzieckiem - o oszczędności czasu, redukowaniu potrzeb i obniżaniu standardów

A więc udało się. Mały jest z nami i wnosi do domu tyleż samo radości, co zmęczenia i poczucia braku kontroli. Z początku myślałam, że da się połączyć dawny styl życia z nowym, ale niestety pogląd ten musiałam szybko zrewidować, a jeszcze szybciej znaleźć sposoby na nie oszalenie i nie utopienie się w bałaganie.
Kluczową sprawą okazała się redukcja ilości rzeczy. Generalnie WSZYSTKICH. I tak poszły w odstawkę: leżaczek, huśtawka, wszystkie ubranka oprócz body i pajaców. Generalnie wersja minimum. Wszystko, czego można użyć szybko i bez problemu.
Ważna rzeczą była organizacja kącika do przewijania tak, aby nie chodzić po brakujące rzeczy np. do łazienki.
Ograniczyć należało również swoje wygody. Zamiast tysiąca kosmetyków w pierwszych tygodniach starczały mi 3: szare mydło, krem do twarzy i szampon. Reszta tylko zabierałaby cenny czas. Zdziwiło mnie bardzo na plus szare mydło. Nie wysusza rąk, nie pachnie, pomaga w gojeniu blizny - same plusy. Nawet szanowny nie-mąż skusił się do używania go ;-)
No i rada dla długowłosych mam - tysiąc i jedna gumka porozkładane w różnych miejscach w domu plus spanie ze związanymi włosami (na czubku głowy, jak kosmita). Nie ma nic gorszego, jak noworodek wplątany/zjadający pukle mamy ;-D
Jak już zredukowaliśmy własne potrzeby do minimum nadchodzi czas na zaspokojenie potrzeby pomagania bliskich nam osób (mamy, teściowej, koleżanki). Trzeba się nauczyć słowa POPROSZĘ, POTRZEBUJĘ, POMÓŻ MI. Babcie na prawdę będą się z tego cieszyć, a zyskanie wolnej godziny przy niemowlęciu - bezcenne.
Podkreślę to jeszcze raz, bo my takie wyzwolone Zosie-Samosie jesteśmy, co cały świat na własnych barkach mogą przenieść. Ano mogą - tylko po co? Można to określić mianem "kawał dobrze wykonanej nikomu nie potrzebnej roboty". A więc dziewczyny, NIE KRĘPUJEMY SIĘ PROSIĆ O POMOC!!!
Tak jak pisałam wcześniej, wydawało mi się, że potrafię utrzymać dawny blask (domu) i równocześnie zająć się dzieckiem. Nic z tego. Standardy musiały ulec obniżeniu. Ulubiona narzuta na łóżko z kompletem pasujących poduszek poszła w odstawkę na rzecz miłego w dotyku koca, w którym można się gnieździć z dzieckiem przez cały dzień, a ścielenie to 30s, a nie 3 min [śmieszy cię to? ściel łóżko przez 3 minuty, jak mały wrzeszczy o jedzenie]. Pewnych rzeczy nie opłaca się też sprzątać - np. laktatora, który używany jest kilka razy dziennie, więc po co go chować i wyciągać? Tak samo z podstawowym zestawem ubrań - może leżeć na krześle, nie w szafie - nic się nie stanie, a zawsze to szybciej rano.
Istotna jest również umiejętność łączenia kilku czynności w tym samym czasie. Np. jedną ręką myję zęby, a drugą umywalkę; jedną ręka usypiam małego, drugą odpisuję na zaległe SMSy, kiedy czekam na zagotowanie wody do wyparzania butelki szybko przecieram podłogę w łazience mopem, który NIE jest schowany. Wszystko pod ręką i wszystko w "międzyczasie". Nawet Batmana w czasie usypiania młodego można obejrzeć, wszystko jest kwestią organizacji telewizora, głośności dźwięku i pomysłowości rodziców. Np. w czasie, kiedy ja odciągam pokarm jedną ręką surfuję w necie, a nie-mąż nadrabia wtedy zaległości w GTA ;-)
Generalnie wszystko się da, tylko nie można zbyt wysoko ustawiać poprzeczki, bo na pewno spadnie.
No i na koniec, żeby nie było tak zupełnie nie zakupowo, co warto mieć. Osobiście pozyskałam tą rzecz od przyjaciółki (pokłon). PRASOWALNICA Fantastyczne urządzenie dzięki któremu oszczędzamy czas i siły. W taka prasowalnicę wystarczy włożyć np. ubranko, zamknąć, poczekać aż piknie (jakieś 3-5s) i voila :-) Dla mnie luksus :-)
Warto też zwrócić uwagę, gdzie kupujemy jedzenie dla dziecka. Osobiście pierwszą puszkę mleka NAN1 HA zakupiłam w aptece za 32,50zł i jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to samo mleko w Oszą ;-) kosztuje o 10zł mniej! A idzie tego sporo!
Na razie nie znalazłam jeszcze rady na drogie witaminy dla dzieci ale pracuję nad tym, może szanowne mamy maja jakieś sprawdzone sposoby na zakup witaminek nie po 30zł za paczuszkę...
No i jeszcze pieluchy. Najtańsze TUTAJ.

Edit: zamiast witaminy D3 w kapsułkach (15zł na miesiąc) można kupić za 4zł taką w buteleczce, która wystarczy na KILKA miesięcy.

sobota, 30 stycznia 2010

Na porodówce

Ponieważ w najbliższych dniach wybieram się do szpitala, co by nasz pierworodny po raz pierwszy zobaczył ten świat, następna notka zostanie zamieszczona przez moją serdeczną przyjaciółkę. Powoli wchodzimy w temat dzieci... ;)

niedziela, 17 stycznia 2010

Z głową do apteki

Każdy, kto choć raz w życiu doświadczył migreny wie, że w takiej sytuacji skuteczne lekarstwo jest na wagę złota. Na tym fenomenie bazują firmy farmaceutyczne wypuszczając na rynek coraz droższe środki "trafiające prosto w ból", o nowoczesnej recepturze i tajemniczych dodatkowych składnikach. Ponieważ ten problem dotyczył mnie przez ładnych parę lat, musiałam nauczyć się mądrze wybierać leki (w przeciwnym razie pracowałabym tylko na nie).
Pierwsze od czego trzeba zacząć to uświadomić sobie, że w każdym leku najważniejszy jest skład, a nie nazwa, czy ilość reklam w TV. Trzeba również wiedzieć, że zazwyczaj lek składa się z jakiejś substancji głównej (tego, co działa) i czasem z substancji pomocniczej (która ma wzmacniać działanie tej pierwszej). Trzecia ważna rzecz to dawka - na opakowaniu zawsze napisane jest, ile danej substancji znajduje się w jednej tabletce.
A więc czując nadchodzącą migrenę ruszamy do apteki. Prosząc o aspirynę przeciwko migrenie zazwyczaj zostanie nam zaoferowany Aspirin Migrena - produkt wiodącej firmy Bayer w cenie ok 12zł za 12 tabletek. Łykamy sobie taka "tableteczkę za złotóweczkę", co bardziej doświadczeni zapiją ją szklanką kawy i luzik. Znaczy się na pewno luzik w portfelu ;-) Tylko raz dałam się nabrać na ten numer. Co bowiem czytamy na ulotce? Że jest to zwykła aspiryna (czyli kwas acetylosalicylowy 500mg) tylko w dawce nieco zwiększonej w stosunku do zwykłego Aspirin C (gdzie jest go 400mg) lub zwykłej polskiej Polopiryny S (300g). Nota bene, Polopiryna kosztuje ok 5 zł za 20 tabletek... Kupno tańszego preparatu o innej nazwie jest to sposób na obniżenie kosztów co najmniej o połowę. Powiem Wam jednak w tajemnicy, że wiem, jak obniżyć ten koszt 10-krotnie! W każdej aptece i w co drugim kiosku można nabyć COFFEPIRINE małe żółte niepozorne opakowanko zawiera 6 tabletek kwasu acetylosalicylowego (czyli aspiryny) w dawce 500mg - takiej jak Bayerowska! Dodatkowo producent wzbogacił srodek o 50mg kofeiny - tyle, co mała filiżanka raczej słabszej kawy. A teraz najlepsze, 6 tabletek kosztuje poniżej 2zł!!! Osobiście używam tylko tego specyfiku na wszelkie dolegliwości, w których ma zastosowanie aspiryna. Gdy bardzo bolała głowa brałam 2 tabletki, gdy chciałam się wypocić podczas przeziębienia, wystarczała połówka proszka. Czyli da się tanio i dobrze :-)
Skoro już jakoś tak zahaczyło mi się o temat przeziębienia, skupię się na chwilę na bólach gardła. Swego czasu zakupiłam książkę "Wszystko o lekach", w której autorzy twierdzą, że stosowanie leczniczych pastylek do ssania nie ma najmniejszego sensu, ponieważ substancje w nich zawarte nie wchłaniają się w wystarczającym stopniu w "zapalone" tkanki, a działanie lecznicze tak naprawdę pochodzi od śliny, której podczas ssania produkujemy więcej i niejako spłukuje ona na bieżąco chore miejsce - lecząc je. W zamian autorzy polecali kupno paczki najtańszych landrynek i ssanie ich. Wiecie co? To działa! Jeszcze lepiej działają lizaki (bo nie ma ochoty się ich zaraz pogryźć).
A Wy - Drodzy Czytelnicy (mam nadzieję, że ktoś w ogóle czyta te moje wypociny ;-) jakie macie sposoby na tanią walkę z przeziębieniem, bólami i innymi tego typu atrakcjami? Z chęcią poszerzę swoją wiedzę!

Z poradnika przyjaciółek:

By MagdaW:
* po porodzie zamiast Tantum Rosa (3,5zł za saszetkę, jedna saszetka = jedno użycie) - nadmanganian potasu (1,5 zł za saszetkę - z tym, że z saszetki na jedno użycie wystarcza tylko kilka kryształków, więc taka porcja za 1,5zł wystarczy na całe życie!). Dodatkowo można później wykorzystać do kąpieli dziecka.
* do smarowania niemowlaka zamiast drogich smarowideł zwykła parafina z apteki po 3zł.
By Ania:
* do kąpieli niemowlaka zwykły krochmal zamiast drogich leków na suchą skórę
By dziewczyny z forum:
* zamiast Sudokremu na odparzenia pupy, krem Bambino - oba zawierają leczący odparzenia cynk
Edit:
By Martusia: Cerutin zamiast Rutinoscorbinu (125 tabl za 7 zl, a nie 30 tabl za 4 zl :), i Dermopanten zamiast Bepantenu - np. na obolałe brodawki przy karmieniu (polowe tańszy - chyba ok. 7-8 zl zamiast 16), a w ogóle w aptece zawsze trzeba pytać o najtańszy preparat :).

sobota, 2 stycznia 2010

Magia nazwy - wazelina dla bogatych

Jako rasowa waga mam niepohamowany pociąg do wszelkiej maści kosmetyków. Najlepiej, żeby były ekskluzywne, w złotych słoiczkach i najchętniej robione a zamówienie ;-P Kiedyś wydawało mi się, że im droższy krem - tym lepszy. Pamiętam, że obiecywałam sobie, iż jak tylko zacznę zarabiać to na moich półkach będą stały tylko mikstury z naturalnym masłem karité, mydełka z wtopionymi płatkami róż i tym podobne. Powiem w skrytości, że nawet z początku tak było. Jednak okazało się, że w balsamie za 40 zeta masło karité stanowi 1% całości, a to mydełko co tak ładnie wyglądało w sklepie tworzy piekielne różowe zacieki na umywalce (o czekoladowym mydle nawet nie chce mi się wspominać...). No więc coś trzeba było zaradzić.
Zaczęłam od kupna książki Cena urody i od następnego dnia zaczęłam czytać etykiety. Zabawne, jak za pomocą ładnego opakowania można sprzedać wazelinę za 50zł od słoiczka...
Czytając tematyczne fora internetowe dowiedziałam się, że istnieją portale zajmujące się sprzedażą składników potrzebnych do własnoręcznego zrobienia kremu i w dodatku niektóre z nich na tyle otwierają się w stronę klienta, że do zrobienia takiego kremu nie potrzeba nic więcej oprócz zapału i umiejętności czytania instrukcji. Od tego więc zaczęłam. Na stronie Biochemia Urody udało mi się dobrać odpowiedni do mojej cery krem lukrecjowy. Wreszcie miałam pewność, że składniki obiecane przez producenta na pewno w nim są (w końcu ja byłam producentem ;-), a także że krem nie stał ośmiu miesięcy na półce w supermarkecie/drogerii/aptece. Najlepsze jednak było to, że był TANI.
Buszując po Biochemii znalazłam sporo innych produktów, od których muszę z czystym sumieniem przyznać, jestem uzależniona do dziś. Np. olejki do mycia twarzy - niebo na gębie! ;-) Jak ktoś ma wrażliwą cerę i po każdym myciu boryka się z problemem napięcia, łuszczenia, zaczerwienienia niech przeczyta, czym się myje! Np. żel do mycia Ziaja do cery wrażliwej ma w składzie Sodium Coceth Sulfate, czyli detergent, drugi przykład z nieco wyższej półki Żel do mycia twarzy Dermedic, a w składzie Decyl Glucoside - też detergent (tyle, że naturalny), konia z rzędem temu, kto znajdzie mi skład jakiegoś preparatu z najwyższej półki - nie wiedzieć czemu, przez ponad godzinę nie udało mi się znaleźć składu żadnego wysokopółkowego produktu, hmm...
Czym więc myć twarz zapytacie? Olejkiem! Tak tak, brzmi dziwnie ale jak się wgłębić w temat to ma to sens. W końcu co chcemy zmyć? Zanieczyszczenia/makijaż, jakie "przylepiły się" do tłuszczu wyprodukowanego przez naszą skórę. Już w starożytności robili tak gladiatorzy. Smarowali całe ciało olejem i ściągali miks olejo-brudu specjalnymi szpatułkami. Skóra była lśniąca, nawilżona i zadbana. Jeżeli używamy detergentu to zmywamy również nasz ochronny tłuszczyk zwany pięknie sebum ;) a jak go zmyjemy to organizm będzie chciał wyprodukować więcej i koło się zamyka.
No więc olejki mnie przekonały tym bardziej, że znów okazały się tanie :)
Na dzień dzisiejszy nie zdarza mi się myć twarzy niczym innym.
Dalej - hit ostatnich miesięcy - kwas hialuronowy. Nawilża, leczy, wnika głęboko (a w wolnych chwilach sprząta, gotuje i wiąże krawaty ;) Też mi nowość. Na Biochemii można go kupić od dawna za małe pieniądze i w dodatku w czystej postaci. Warto wiedzieć, że są dwa rodzaje kwasu hialuronowego - wielko i mało cząsteczkowy, gdzie ten drugi uważany jest za skuteczniejszy.
Wiem, że ta notka rozrosła się już do sporych rozmiarów, jest jednak jeszcze jeda rzecz, o której MUSZĘ napisać.
Witamina C. Każdy szanujący się producent ma w swojej ofercie coś z witaminą C. Żaden z nich jednak nie informuje o tym, że witamina ta jest substancją potwornie nie trwałą i jeżeli jest rozpuszczona w wodzie (a taka jest najefektywniejsza) to w ciągu trzech miesięcy po prostu znika (a teraz oczami wyobraźni widzimy półki sklepowe wypełnione po brzegi kremami z datą ważności do czerwca 2011 elegancko podświetlone jarzeniówkami - niczym te kurczaczki na fermie). Dla mnie wniosek jest jeden. Serum z witaminą C muszę zrobić sama, włożyć do lodówki i zużyć SZYBKO.
No i na koniec to nieszczęsne masło karité. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak bardzo mnie pociąga. Może dlatego, że nazywane jest złotem Afryki? Może urzekła mnie romantyczna wizja bezzmarszczkowych afrykańskich kobiet pracujących przy jego wytwarzaniu? Nie wiem. W każdym razie coś w tym musi być, bo rzeczywiście moja skóra bardzo lubi ten produkt. No i of course nie jest ono drogie (przynajmniej w necie) ;) Przy kupnie warto jednak zwrócić uwagę czy oferowany produkt to masło nieprzetworzone - takie, jak przyjechało z Afryki - żółte, grudkowate i podśmierdujące, czy może masło rafinowane - białe, gładsze i tańsze (nie wiem jednak, czy lepsze, kupiłam dopiero pierwszy raz).
Podsumowując, szczerze polecam czytanie etykiet na kosmetykach i przed zakupem sprawdzenie chociażby w googlach, czy danej rzeczy nie da się kupić taniej i w lepszej jakości.

Pomocne linki:
Słownik składników kosmetycznych
Porównanie znanych i drogich kosmetyków z alternatywą własnej produkcji

Inne sklepy z kosmetykami (żeby nie było, że Biochemia mi płaci za reklamę ;)
Naturalne piękno
ECOSpa
Zrób Sobie Krem
Mazidła

Gdy chcemy zadać szyku i polansować się:
Markowe kosmetyki w niskich cenach

środa, 30 grudnia 2009

Snajper - ustrzel okazję

Często zdarza się, że upatrzonej rzeczy na Allegro lub eBayu nie możemy kupić od razu, bo sprzedawca ustawił opcję licytacji, czyli towar kupuje ten, kto da więcej. Wszystko jest ok, jeżeli mamy czas na koczowanie przed monitorem i pilnowanie dnia i godziny zakończenia każdej interesującej nas aukcji. Ja nie mam ani czasu, ani ochoty. Łezka się w oku kręci, gdy wspomnę ile rzeczy sprzedano za jakąś śmieszną cenę, a ja ich nie kupiłam, bo po prostu zapomniałam kiedy mam kliknąć (za wcześnie nie można, bo ostateczna rozgrywka licytacji zachodzi w ostatniej minucie).
Problem ten rozwiązuje serwis . Działanie tej strony jest genialnie proste.
1) Zakładamy konto, do którego wprowadzamy swoje dane z Allegro i/lub eBay,
2) wybieramy sobie interesującą nas aukcję,
3) wklejamy nr tej aukcji do snajpera
4) ustalamy najwyższą kwotę, jaką jesteśmy w stanie zapłacić za dany przedmiot,
5) zapominamy o całej sprawie.
Teraz drogi są dwie. Albo kwota, którą przeznaczyliśmy na zakupy wystarczy, albo nie (czyli ktoś da więcej).
Przy pierwszej opcji snajper strzeli najmniejsze z możliwych przebić aby wygrać aukcję w ostatnich kilku sekundach (nawet jak na drugim końcu Polski siedzi koleś chcący dać więcej, to "z ręki" nie zdąży).
Przy drugiej opcji, jeżeli cena przedmiotu przekracza naszą zdeklarowaną kwotę, snajper przyśle nam maila z wiadomością o tym fakcie i będziemy mogli zdecydować, czy chcemy zwiększyć ofertę, czy rezygnujemy.
Jest jeszcze trzecia opcja - inny licytujący tez korzysta z takiego programu (albo jest bardzo szybki) - w każdym razie w ostatnich sekundach dał więcej. Wtedy obchodzimy się smakiem... ;)
Generalnie właśnie w ten sposób zakupiłam czapeczkę za 99 pensów, biustonosz do karmienia za 3 funty i wiele innych...

Ubrankowy zawrót głowy czyli "mój niemowlak będzie najpiękniejszy"

Każdy, kto choć raz podjął temat ubierania dzieci, zapewne usłyszał stwierdzenie "no teraz to nie ma problemu, wszystko takie śliczne i ogólnodostępne". Tiaaaa... Może i śliczne i ogólnodostępne i w ogóle ach i och, ale czemu takie drogie???
Oczywiście każdy chciałby mieć wyprawkę dla dziecka najlepiej z Mothercare, ewentualnie z H&M lub Nexta. Ja też chciałam. Do czasu, kiedy okazało się, że jeden sweterek dla niemowlaka w tych firmach oscyluje w granicach 50zł, a 3 pary śpiochów to wydatek bliższy 80zł, a gdzie bodziaki, czapeczki, skarpetki, rękawiczki, kombinezon...? Nic to - pomyślałam sobie. Na pewno mamy świetne polskie firmy produkujące ubranka w dobrej jakości i niskiej cenie. I tu znowu ZONK. Czytając opinie mam na forach internetowych dowiedziałam się, że to co tanie, nie koniecznie spełnia oczekiwania (a to się spiera, a to kurczy, a to jest za sztywne itp.), a gdy coś jest lepsze to od razu zrównuje się cenowo z firmami wymienionymi powyżej. Sprawdziłam to zresztą naocznie badając asortyment zwykłych sklepów dziecięcych. Dlaczego para pajacyków z bawełny firmy no-name kosztuje ponad 30zł? Dlaczego kurteczka dla roczniaka to wydatek ponad 50zł? Hmm...
Po wielu konsultacjach z zaprzyjaźnionymi mamami ustaliłam, że ubranka w rozsądnej cenie w stosunku do jakości można kupić zasadniczo tylko w Tesco. Nadal jednak pozostawał problem, jak pogodzić pensję fizjoterapeuty z zapotrzebowaniem królowej angielskiej? ;)
Na pomoc przyszły lumpeksy. Okazało się, że niektóre z nich specjalizują się w sprowadzaniu tylko i wyłącznie ubranek dziecięcych, również nowych. Wreszcie można było poszaleć. Nowe pajace Mothercare kosztowały 10zł, a nie 40, bodziaki po piątaku - żyć nie umierać! Trzymałam się zasady, że kupuję tylko nowe i tylko znanych firm. Suma summarum zgromadziłam pełną wyprawkę (ok 30 par bodziaków, 5 pajaców i cała górek koszulek i spodenek - bo ładne) za około 300zł. Dla mnie bomba. Tylko teściowej oczy powiększały się po każdym powrocie ze sklepu, a komentarzom "po co ci tyle" nie było końca ;)
Z "prawdziwego" sklepu zakupiłam jedynie skarpetki, czapeczki i rękawiczki-niedrapki.
Na ostatni ogień poszły poszukiwania kombinezonu zimowego i ciepłej czapki. O ile z kombinezonem nie było większych problemów - w końcu od czego jest Allegro, to z czapką się zawzięłam. Każda jedna kosztowała ponad 40zł (przypominam, że mówimy o zwykłej czapce dla niemowlaka!). Już myślałam, że przegram tę nierówną walkę, kiedy na eBayu znalazłam ofertę angielskiej mamy sprzedającej czapeczkę i rękawiczki (Mothercare) za symboliczne 0,99 funta. Alleluja! Za dychę z przesyłką zdobyłam firmową ciepłą i jak się okazało nie używaną czapeczkę z rękawiczkami. Czyli jednak da się :)